|
Jan Woleński
Druga debata prezydencka
nie przyniosła nic specjalnie nowego. Obaj kandydaci jakby okopali się na z
góry zajętych pozycjach. Obaj powiedzieli w zasadzie to samo w sprawach społecznych
i gospodarczych, co rzekli w niedzielę; drażliwych kwestii moralnych w ogóle
nie dyskutowano. I jak poprzednio chwalili rządy swoich partii z tym, że
wypowiedzi Kaczyńskiego wyglądały na kampanię parlamentarną a nie prezydencką. Może
ciekawe było to, że Prezes PiS jakby zapomniał, że za jego premierostwa była
zupełnie inna koniunktura. Spodziewane polemiki w sprawach dopłat okazały się
nie bardzo na temat i nudne. Również o polityce zagranicznej i bezpieczeństwie
nie dowiedzieliśmy się niczego poza ogólnikami. Obaj kandydaci otrąbili swoje
zwycięstwo, też nic nowego. Czytelnicy „Rzeczpospolitej" orzekli, że
nieznacznie wygrał Komorowski, ale komentarz redakcyjny był zgoła odmienny. Wyglądało
na to, że obaj kandydaci są już w dniu wyborów. O ogólnym wrażeniu powiem
jeszcze na końcu.
Inny segment taktyki
Kaczyńskiego (mam na myśli wcześniejsze spotkania z wyborcami, a nie debatę
telewizyjną) skupiała się na argumentowaniu, że jest przeciw temu i owemu. Okazuje
się, że wbrew zastanym informacjom zawsze był przeciw zniesieniu dopłat dla
rolników. Jest też przeciw skupieniu władzy wykonawczej i prezydenckiej w
jednej partii. Zmieniając sławny bon mot Wałęsy można powiedzieć, że w tym
sprawach Kaczyński był tak bardzo przeciw, że nawet za. Podobne stanowisko
zajmował w sprawie koalicji z Samoobroną, a także, względem swego premierostwa
w czasie, gdy jego brat piastowałby urząd prezydenta. Był natomiast swego czasu
za koalicją z PO, tak bardzo, że nawet przeciwko, dokładniej do momentu, gdy
Lech Kaczyński wygrał wybory prezydenckie w 2005 r. (ściśle mówiąc, Jarosław
Kaczyński zmienił zdanie z za na przeciw wcześniej, mianowicie, gdy obliczył,
że głosy Leppera mogą przeważyć szalę w wyborach głowy państwa).
Jest pewien
istotny powód, że napisałem to, co wyżej. !5 czerwca odbyło się posiedzenie Rady
Programowej Konwersatorium „Doświadczenie i Przyszłość", w której mam zaszczyt
uczestniczyć. Dyskutowaliśmy bolączki obecnej rzeczywistości polskiej. Za
najistotniejszą uznano kwestię zaufania społecznego, zarówno ludzi między sobą,
dalej obywateli do urzędów i wreszcie, urzędów do obywateli. W każdym z tych
sektorów poziom zaufania jest zastraszająco niski. Rzecz nie uszła uwadze
publicystów. W szczególności, „Rzeczpospolita", czyli prasowy organ PiS,
obwieściła, że rząd nie poradził sobie z kwestią zaufania społecznego. Ma to
być jednym z argumentów dla głosowania na Kaczyńskiego. Przyjrzyjmy się sprawie
bliżej.
Okres PRL nie
sprzyjał zaufaniu społecznemu z oczywistych powodów. Jeśli już miało ono
miejsce, to raczej w małych grupach. Wyjątkiem był czas „pierwszej
Solidarności", charakteryzujący się niezwykłym wybuchem autentycznych więzi
międzyludzkich. Okres stanu wojennego wymagał ostrożności, ale ludzie ufali
sobie wzajemnie w znacznej skali. Inaczej było z zaufaniem urzędom i na odwrót,
aczkolwiek, jak zdaje się, wiele urzędów autentycznie sprzyjało zwykłym
obywatelom. Na tym budowano spore oczekiwania w sprawie klimatu społecznego w
III RP. Wszelako reformy ekonomiczne, powstanie podziałów społecznych,
zwłaszcza co do zamożności, a także nasilająca się rywalizacja sprawiły, że
stopień zaufania społecznego nie wzrósł. Socjologowie uważają ten stan za
normalny, jego powstanie na początku lat 1990tych za nieuniknione a
wcześniejsze oczekiwania za utopijne. Wskazują też na tzw. efekt opóźnienia.
Wprawdzie zmienił się ustrój, ale nawyki, zarówno indywidualne jak i
instytucjonalne pozostały. Tym można np. tłumaczyć nieraz koszmarny stopień
biurokratyzacji życia codziennego. Niemniej jednak, w miarę postępu czasu i
przyzwyczajania się ludzi do nowej sytuacji, stopień zaufania zaczął wzrastać.
Nie jest to nic nowego, ponieważ stabilizacja ekonomiczna i polityczna zawsze
sprzyjała poprawie stosunków międzyludzkich a także pomiędzy obywatelami a
instytucjami.
Katastrofa
nastąpiła w latach 2005 - 2007. W samej rzeczy, idea IV RP, mniejsza o to, czy
w sposób zamierzony przez jej promotorów czy też nie, opierała się na
nieufności państwa wobec obywateli. Są to rzeczy znane, więc nie ma co szerzej
powtarzać oczywistych oczywistości. Oto dwa przykłady. Jarosław Kaczyński
tłumacząc przesłanki lustracji zauważył, że każdy naukowiec, który wyjeżdżał na
tzw. Zachód coś tam podpisywał dla SB lub innych służb specjalnych, ponieważ
takowa wyprawa dawała 3 miliony złotych dochodu. To jawna bzdura, ale rodziła
nieufność wobec zamożnych „wykształciuchów". Wystarczy przejrzeć fora dyskusyjne,
aby zrozumieć, jak głęboko ta nieufność zapadła. Niedawno ujawniono, że CBA wpadło
na trop afery hazardowej w trakcie podsłuchiwania rozmów mających na celu
wykrycie korupcji w wymiarze sprawiedliwości; miało to miejsce już po zmianie
rządu. Warto przyjrzeć się tej informacji. Oto CBA z góry zakłada, że sądownictwo
lub prokuratura są toczone korupcją i po prostu inwigiluje na chybił trafił
(informacja, z której korzystam nie zawierała tego, że CBA dostało konkretny
sygnał), bo jest przekonana, że przekupstwo miało miejsce. To jest chore
podejście do walki z patologiami. Organy ścigania lub antykorupcyjne normalnie
rozpracowują konkretne sprawy, a nie ich poszukują.
Odbudowa
zaufania społecznego jest zadaniem palącym i jednym z najważniejszych dla dalszego
rozwoju Polski. Głosowanie w niedzielę dotyczy także tego aspektu polskiej
rzeczywistości. Trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, czy prezydentem Polski ma
być główny architekt katastrofy w skali społecznego zaufania czy ktoś inny. Pod
tym względem stare hasło „Wszystko, by nie PiS" jest szczególnie aktualne. Także
w świetle drugiej debaty prezydenckiej, w której Kaczyński zaprezentował się
jednak jako polityk po prostu kłótliwy.
Only registered users can write comments. Proszę się zalogować. Powered by AkoComment Tweaked Special Edition v.1.4.6 AkoComment © Copyright 2004 by Arthur Konze - www.mamboportal.com All right reserved |