|
Jan Woleński
Niedzielna debata nie przyniosła
rewelacji. Nie traktuję jej w kategoriach sportowych, ale warto odnotować, że
większość komentatorów ocenia ją na remis. Ponieważ tak czynią również
niektórzy zagorzali propagandziści PiS, np. z „Rzeczpospolitej", nieoficjalnego
organu prasowego sztabu Kaczyńskiego, można zatem przyjąć, że to środowisko
czuje się zawiedzione. Liczyło bowiem na to, że
Prezes, jednak zaprawiony w polemikach i debatach, odniesie sukces i
pozyska nowych zwolenników. Nic takiego nie stało się, przynajmniej sądząc po
reakcjach.
Pytania zadawane Kaczyńskiemu i Komorowskiemu
przez dziennikarzy nie były najlepiej dobrane. Kwestie gospodarcze, a te zajęły
sporo miejsca, winny być adresowane do rządu, a nie do kandydatów na urząd
prezydenta. Im prezydent ma mniej do powiedzenia w sprawach ekonomicznych w
takim modelu ustrojowym jak polski, tym lepiej. Obaj kandydaci chwalili rządy
swojej partii, Kaczyński przeszły, Komorowski obecny i w gruncie nie mieli do
powiedzenia czegoś od siebie poza ogólnikami o wyrównywaniu szans i
zrównoważonym rozwoju. W posumowaniu tej części dyskusji Komorowski podkreślił,
że podział na dwie Polski, tę solidarną i tę opowiadającą się za wolnością,
jest bezprzedmiotowy. W gruncie rzeczy Marszałek podłożył się Kaczyńskiemu w
sposób jaskrawy, ale ten nie skorzystał z okazji. Kandydat PiS przeciwstawiając
Polskę liberalną Polsce solidarnej, miał na myśli liberalizm ekonomiczny, a nie
kwestię państwa liberalnego jako gwaranta wolności obywatelskich. Wprawdzie coś
napomknął na ten temat, ale sprawę sprowadził do wolności kultury, a kwestię
liberalizmu i solidaryzmu ujął w kontekście funkcji państwa. Można powiedzieć,
że obaj uczestnicy debaty nie bardzo orientują się w tym, czym jest nowoczesny liberalizm. To
jednak wiadomo od dawna, że ta kwestia jest postrzegana w Polsce opacznie, być
może z wyjątkiem lewicy.
W sprawach obyczajowych Komorowski
wypadł zdecydowanie lepiej. Jasno przedstawił swoje stanowisko w kwestii
związków homoseksualnych oraz in vitro. Kaczyński kręcił, zwłaszcza w tej
drugiej sprawie, skrywając się za swoim katolicyzmem. Komorowski też nie
ukrywał swojej religijności, ale konsekwentnie stanął na stanowisku, że każdy
katolik, którego dotyczy problem in vitro,
winien sprawę rozstrzygnąć we własnym sumieniu, a państwo i prawo nie
mogą mu tego zabronić. Przypomniał, że w PiS pojawiły się nawet postulaty w
sprawie karania za in vitro, ale Kaczyński nie podjął tematu. Kwestia
refundacji stosownych zabiegów w ogóle
nie stanęła, a na szerszą dyskusję w sprawie stosunku państwa i kościoła nie
starczyło już czasu. Kaczyński odwołał się do konstytucji i konkordatu, a
Komorowski do autonomii obu instytucji i jej poszanowania, a więc w zasadzie
nie wyszedł poza stanowisko swego rywala. Wygląda na to, że biskupi nie będą
usatysfakcjonowani stanowiskiem Komorowskiego w sprawie in vitro, ale to
niczego nie zmieni. I tak po cichu opowiadają się za Kaczyńskim, przynajmniej w
większości.
W kwestie obronności Komorowski, jako
były minister od wojska wykazał większą orientację w szczegółach. Kaczyński
wskazywał na kłopoty finansowe armii (akurat opublikowano raport NiK o
wojskowości, a „Rzeczpospolita" komentuje ten dokument bardzo szeroko; zapewne
nie jest to przypadek). W sprawie bezpieczeństwa energetycznego gazu obaj
kandydaci nie mieli wiele do powiedzenia i ograniczyli się do ogólników.
Wskazywali na potrzebę badań nad eksploatacją gazu łupkowego, dywersyfikacji
dostaw gazu i potrzebę rozsądnego wynegocjowania umowy z Rosją. Kaczyński wyraźnie
grał tym problemem sugerując, że warunki zależą przede wszystkim od stanowiska
strony polskiej. Podobnie zachował się w sprawie produkcji Fiata w Polsce, tak
jakby rząd polski miał jakiś wpływ na władze koncernu.
Wreszcie pada pytanie o katastrofę
smoleńską. W moim przekonaniu nie powinno być zadane, bo dotyczy bardzo
osobistej kwestii Kaczyńskiego. Odpowiadając zarzucił rządowi, że nie wystąpił o przejęcie śledztwa,
nawet, gdyby nie było na to większych szans, a także argumentował, że jest to
sprawa honoru. Komorowski zauważył, że śledztwo prowadzą nie tylko organy
rosyjskie. Kaczyński powtórzył swoje argumenty całkowicie ignorując wielokrotne
oświadczenia przedstawicieli rządu, iż nie ma prawnych możliwości przejęcia
śledztwa. Trudno się oprzeć wrażeniu, iż tragedia smoleńska jest nadal
wykorzystywana w kampanii wyborczej. Ta sprawa zbladła jednak przy
odpowiedziach na pytanie o stosunek Polski do sytuacji Polaków na Białorusi.
Kaczyński zadeklarował, że o tych sprawach
trzeba rozmawiać z Rosją. Komorowski zareagował bardzo ostro uznając, że
ta propozycja jest niesłychana. I miał rację. Cokolwiek powiedzieć o reżymie
Łukaszenki i jego stosunku do Rosji, Białoruś jest niepodległym państwem (tzw.
Związek Białorusi i Rosji na razie jest konfederacją i ma integrować oba kraje
walutowo i gospodarczo, a nie politycznie) i wszyscy winni to szanować. Sugestia
Kaczyńskiego jest dowodem, że nie rozumie on subtelności polityki zagranicznej.
Nieco przesadzając, można by zaproponować, idąc śladem kandydata PiS, że o dostawach
gazu rosyjskiego do Polski trzeba rozmawiać z Gruzją. Wiadomo, że wypowiedź
Kaczyńskiego wywołała oburzenie na Białorusi i to we wszystkich kręgach
politycznych, zarówno prorządowych jak i opozycyjnych.
Debata była w miarę spokojna, chociaż
zaiskrzyło kilkakrotnie. Komorowski okazał się dość agresywny, co było
zaskoczeniem, zwłaszcza dla sztabu PiSu, który wcześniej określił Marszałka
mianem dupowatego. Z kolei propagandziści PiS, np. red. P. Semka z „Rzeczpospolitej"
uznają, że Kaczyński wykazał siłę spokoju. Ta kwalifikacja jest nawet zabawna,
bo nawiązuje do postaci T. Mazowieckiego, bardzo wyśmiewanej przez PiS właśnie
za siłę spokoju. Na koniec Komorowski
zgotował Kaczyńskiemu niejaką niespodziankę, przypominając depeszę PAP o
stanowisku tego drugiego w sprawie dopłat dla rolników. Wprawdzie rzecz jest
stara, bo dotyczy 2006 r., ale Komorowski jedynie przypomniał, że Kaczyński kwestionował
dopłaty i nigdy tego nie zdementował. Nie można wykluczyć, że sztab
Kaczyńskiego złoży pozew w trybie wyborczym, powołując się na swoją wygraną z
PSL o sprawę dopłat w 2007 r., ale uwaga Komorowskiego nie dotyczyła tego,
co podnieśli ludowcy. Przepychanki na
ten temat trwają nadal, więc poczekajmy do kolejnej debaty.
Obaj kandydaci stosowali rozmaite
sztuczki, czemu trudno dziwić się, bo gra idzie o bardzo poważną stawkę. O ile
Komorowski, jak już wspomniałem, pokazał się z niespodziewanej strony jako
dyskutant pełen temperamentu, Kaczyński posługiwał się tym, co zawsze, argumentami
ad personam, niedomówieniami, półprawdami, kręcił itd., w każdym razie w znacznie
większym stopniu niż jego adwersarz. Zmienił się Jarosław Kaczyński czy nie?
Jeśli to w niewielkim stopniu. W szczególności, odtrąbił swoje zwycięstwo w
debacie, podobnie jak w 2007 r. Wtedy jednak uznał, że walnie zwyciężył, a
teraz, że wygrał, ale bez przełomu. Czy wygra wybory? Jest to możliwe, ale nie
dzięki debatom (zakładam, że druga nie zmieni wiele, ale mam nadzieję ją
jeszcze skomentować przed ciszą wyborczą), ile z powodu wakacyjnej frekwencji. Gdyby
jednak zapytać, co naprawdę dała debata, to odpowiedź jest prosta: potwierdziła,
że Jarosław Kaczyński jest dyletantem w kwestiach polityki zagranicznej. Dla Polski
socjalnej może to jednak nie mieć większego znaczenia.
Only registered users can write comments. Proszę się zalogować. Powered by AkoComment Tweaked Special Edition v.1.4.6 AkoComment © Copyright 2004 by Arthur Konze - www.mamboportal.com All right reserved |