|
Jan Woleński
Europoseł A. Bielan i spin doktor (czyli
specjalista od tzw. PR na rzecz PiS) zarzucił PO „zwykłe pieniactwo". Powodem
dla tego było złożenie pozwu w trybie wyborczym przeciwko Jarosławowi
Kaczyńskiemu. Nic wchodzę tutaj w kwestię zasadności rozstrzygnięcia, ale właśnie
pieniactwa. Określa się je jako wszczynanie, czasem dodając bezpodstawne,
licznych spraw sądowych w celu dochodzenia rzeczywistych lub urojonych spraw.
Tedy, i ex definitione, wszczęcie jednej sprawy pieniactwem być nie może. PiS
złożył tzw. pozew wzajemny i dwa razy odwołał się od niekorzystnych dla siebie
rozstrzygnięć. W sumie założył trzy sprawy, tę z pozwu wzajemnego i dwie
apelacje. I to trudno nazwać, czego nikt nie czyni, pieniactwem, bo wszystko działo się w obrębie
jednego postępowania sądowego. Aby jednak czytelnicy, skorzy do używania
przymiotnika „żenujący" (w różnych odmianach) wobec krytyk PiS czuli się
usatysfakcjonowani dodam, że reakcja polityków PO na apelacyjne poczynania PiS
też nie była właściwa. Apelowali do swoich konkurentów, aby nie odwoływali się
od drugiego wyroku na swoją niekorzyść. Niemniej jednak, apelacja jest prawem
każdego i PiS z niej po prostu skorzystał.
Opisany kazus jest wprawdzie
drobiazgiem, ale dobrze ilustruje braki w rozumieniu prawa wśród polskich
polityków. Dziennikarze są nie lepsi. Obrońcy PiS (mam na myśli publicystów z
„Rzeczpospolitej") zarzucają sądowi, że zastąpił polityków w sprawie
decydowania o prywatyzacji szpitali. To całkowite nieporozumienie. Zadaniem
sądu było rozstrzygnięcie, czy J. Kaczyński mówił prawdę stwierdzając, że jego
rywal jest zwolennikiem prywatyzacji szpitali. I sąd to właśnie uczynił. Czym
innym jest krytyka wyroku, do czego każdy ma prawo, a czym innym pisanie bzdur
o zasadach judykatury. Wprawdzie uzewnętrznianie bzdur nie jest zakazane, ale
na dziennikarzu spoczywa obowiązek kompetentnego przedstawiania spraw, o
których pisze. Pozostańmy jeszcze przy prawie. Inny europoseł Jacek Kurski (też
z PiS) publicznie oświadczył, że nie wykona prawomocnego wyroku sądu
nakazującego mu przeproszenie „Gazety Wyborczej". W konsekwencji może być tak,
że komornik zlicytuje jego luksusowy samochód. Kurski oświadczył, że można go
zlicytować, ale nie złamać. I oto przedstawiciel Polski w Parlamencie
Europejskim, wcześniej poseł na Sejm RP odmawia wykonania prawomocnego wyroku
sądu, wydanego w sprawie raczej błahej. Postawa Kurskiego stanowi dość dobrą
ilustrację stosunku PiS do prawa. Wystarczy poczytać Wildsteina czy
Ziemkiewicza, nie mówiąc już o Jadwidze Staniszkis, którzy reprezentują typowo
rewolucyjne podejście do prawa, charakterystyczne dla tych wszystkich
rozwiązań, które polegały na wprowadzeniu tzw. trybunałów ludowych, które miały
kierować się ideologicznie zorientowanym poczuciem sprawiedliwości. Proponuję,
aby nazwę „Prawo i Sprawiedliwość" tak właśnie rozumieć.
Kolejny europoseł, Dr Marek Migalski
stał się polityczną gwiazdą PiS po nieudanym wszczęciu przewodu habilitacyjnego
na trzech uczelniach. „Po" należy rozumieć nie tylko temporalnie, ale także
znacznik relacji przyczynowo-skutkowej, bo PiS uznał Migalskiego za ofiarę
knowań tzw. wykształciuchów. Kilka dni temu Migalski oświadczył, że wspomniany
już J. Kurski mówił prawdę o „Wermachtowym" dziadku Tuska. Wszelako nikt nie
krył, że przodek obecnego premiera Polski był żołnierzem armii niemieckiej. Dr
Migalski przeoczył jednak (zgadnij koteczku, świadomie czy nie), co też jest
powszechnie wiadome, że Józef Tusk został siłą wcielony do Wehrmachtu, a wojnę
zakończył w zgoła innych siłach zbrojnych. Wypowiedź Migalskiego była w ogóle
kuriozalna i warto ją przytoczyć in extenso:
„Z tego, co wiem, dziadek Donalda Tuska
był w Wehrmachcie, o czym prawdopodobnie nie wiedział sam Donald Tusk. Przypomniał
mu o tym Jacek Kurski, ale powiedział prawdę."
A więc po kolei (oznaczmy przez F fakt,
że Józef Tusk był w Wehrmachcie). Migalski stwierdza, że Donald Tusk
prawdopodobnie nie wiedział o F. Dalej, powiada, że to Jacek Kurski przypomniał
Tuskowi o F. Z tego, że Tusk prawdopodobnie nie wiedział o F, wynika, że
wiedział o F lub nie wiedział o F, przy czym zdaniem Migalskiego ta druga
alternatywa jest prawdopodobna, w każdym razie bardziej prawdopodobna od
pierwszej. Rozważmy jednak obie w kontekście tezy, że Kurski przypomniał
Tuskowi o F. Po pierwsze, zakładamy, że Tusk wiedział o F. Przypomnienie
Kurskiego miałoby sens, gdyby Tusk zaprzeczał F lub zapomniał o tym. Nie ma
jednak podstaw, aby to przyjmować. Pozostaje więc druga możliwość, aprobowana przez
Migalskiego (w tej sytuacji kwalifikacja „prawdopodobnie") ma charakter
retoryczny. Jeśli jednak przyjmiemy, że D. Tusk nie wiedział o F, to Kurski nie
mógł mu o tym przypomnieć, bo Tusk nie mógł zapomnieć tego, o czym nie
wiedział. Migalski użył więc zdania „Przypomniał mu o tym Jacek Kurski" w
sposób jaskrawo błędny. Gdy dowiedziałem się o kłopotach Migalskiego z
habilitacją, byłem zdania, że nie powinno się mu odmawiać wszczęcia przewodu,
bo sprawa miała kontekst polityczny, a przynajmniej negatywna decyzja mogła być
interpretowana jako dyktowana względami pozamerytorycznymi. Zanalizowana
wypowiedź Migalskiego zdaje się jednak świadczyć o tym, że nie ma zbyt wysokich
kwalifikacji logicznych.
I na koniec wróćmy do A. Bielana. Miał
on twardy orzech do zgryzienia w związku z nagłym wybuchem sympatii Jarosława
Kaczyńskiego do lewicy (pisałem o tym w poprzednim felietonie). Sprawiło to
niejaką konsternację wśród wielu zwolenników Prezesa PiS. Sam bohater
tłumaczył, że przede wszystkim zmienił język, a stało się to po katastrofie
smoleńskiej. Muszę uzupełnić komentarz do słów Kaczyńskiego z tekstu „Przemiana
Kaczyńskiego". Pomijając w tym momencie oko puszczone do lewicy, stwierdzenie,
że wyjazd do Katynia, w którym zginęło kilku działaczy lewicy, w tym także z
PRL, można traktować jako skruchę za lata kłamstwa, jest niezwykłe jako przejaw
podporządkowania czyjejś śmierci doraźnym celom politycznym. Wracając do
Bielana powiedział on „My nie zmieniamy retoryki na potrzeby kampanii
wyborczej". Poseł Artur Górski (PiS)
widział to inaczej i w swoim blogu zmianę języka w kampanii Kaczyńskiego
wyjaśnił jako zagranie doraźne i czysto taktyczne. To raczej nie ulega
wątpliwości dla większości obserwatorów. Ciekawe, że poseł Górski skreślił swój
wpis po kilkunastu godzinach. Pewnie z własnej woli.
Podsumowując, kampania wyborcza nie jest
prawieniem komplementów rywalom. Można nawet przyjąć, że wszystkie chwyty są
dozwolone. Nie znaczy to jednak, że wyborcy mają je akceptować. Na razie
znacznie więcej nieczystych chwytów, w szczególności, operowania półprawdami i
fałszami, a także zwyczajnych krętactw jest po stronie Kaczyńskiego. Aby jednak
ucieszyć jego zwolenników i dać im powód do rewanżu powiem tak. Prezes PiS zachorzał
wczoraj (24 czerwca). „Rzeczpospolita" ustaliła (ciekawe, że takie rzeczy
ustalają dziennikarze, oczywiście tylko niektórych gazet, a nie lekarze; pewnie jest to przyczynek do
uspołecznienia służby zdrowia), że grypa dopadła Kaczyńskiego. Pojawiły się też
głosy, że choroba ma charakter dyplomatyczny. A ja pójdę dalej. Otóż, Jarosław
Kaczyński zapadł na dziecięcą chorobę lewicowości i robiąc jeden krok naprzód,
uczynił dwa kroki wstecz. Starsi pamiętają skąd to zostało zaczerpnięte, a
młodszym wyjaśniam, że od pewnego bolszewika, czyli lewicowca, nadto w średnio-starszym
wieku. Postkomunistą być nie mógł, albowiem zmarł w 1924 r.
Only registered users can write comments. Proszę się zalogować. Powered by AkoComment Tweaked Special Edition v.1.4.6 AkoComment © Copyright 2004 by Arthur Konze - www.mamboportal.com All right reserved |