Logo

Logo Ruchu na Rzecz Demokracji opracował Adam Łyskawa z Gdyni. Zostało ono przychylnie przyjętę przez grupę osób z Krakowa i Łodzi, nie krytykował też nikt z użytkowników strony. Praca p. Łyskawy była całkowicie społeczna, odwdzięczyć się możemy jedynie adresem z jego portofolio http://pp-layouts.com/.

Logowanie pozwala

Czytać materiały zastrzeżone dla zarejestrowanych  
Komentować artykuły 
Głosować
Oglądać wyniki głosowań
Start arrow Opinie arrow Wyjaśnienie i śledztwo
Wyjaśnienie i śledztwo Drukuj Email
10.05.2010.
Jan Woleński

 W języku prawniczym „śledztwo" oznacza sformalizowane postępowanie prowadzone przez uprawnione do tego organy, przede wszystkim prokuraturę (ale bywają też parlamentarne komisje śledcze). Śledztwo na temat zdarzenia X prowadzone jest przez prokuraturę miejsca (kraju), na terenie którego miało miejsce wydarzenie będące przedmiotem czynności śledczych, o ile obowiązujące przepisy, np. umowy międzynarodowe  nie stanowią inaczej. Wyjaśnienie jest kategorią metodologiczną odnoszącą się do czynności zmierzających, dlaczego coś miało (ma) miejsce. Śledztwo może obejmować wyjaśnianie, ale wcale nie musi. Jeśli oskarża się kogoś o popełnienie przestępstwa, śledztwo musi ustalić, czy ta osoba dopuściła się czynu, który jej się zarzuca, ale niekoniecznie trzeba ustalić, dlaczego to zrobiła. Wyjaśnienie może stosować prawa przyrody (np. gdy chcemy wyjaśnić, dlaczego planety poruszają się po takich a nie innych torach,  odwołujemy się do praw fizyki), ale też polegać na określaniu zespołu przyczyn, których efektem jest objaśniane zdarzenie. Tę drugą procedurę wykorzystuje się w historii i zwie się wyjaśnianiem genetycznym. Gdy chcemy np. wyjaśnić, dlaczego miała miejsce zmiana ustrojowa w Polsce w 1989 r., konstruujemy stosowny ciąg przyczynowo-skutkowy, który ma odtwarzać proces prowadzący do załamania się starego systemu politycznego w naszym kraju. Historykom dobrze znane są kłopoty związane z wyjaśnieniem genetycznym. W którym momencie trzeba zacząć ciąg przyczynowo-skutkowy, np. w 1918 r., 1939 r. czy 1944 r.? Jak określić wagę przyczyn, zwłaszcza tych bliższych wyjaśnianemu faktowi, np. problemy ekonomiczne PRL, politykę amerykańską, działalność „Solidarności", pontyfikat Jana Pawła II, czy zmiany w ZSRR? Co, tj. jak szeroki materiał można, należy wziąć pod uwagę, np. kontekst ekonomiczny, międzynarodowy itp.?

Przypominam te proste kwestie w związku z pytaniami o wyjaśnienie i śledztwo katastrofy pod Smoleńskiem (dalej będę używał słowa „katastrofa" w odpowiednim przypadku). Wiele osób domaga się, aby Polska przejęła śledztwo w sprawie katastrofy. Otóż, nie może tego uczynić ze względów prawnych, ponieważ Smoleńsk leży na terytorium Federacji Rosyjskiej, a nie ma przepisów, które by umożliwiały przeniesienie śledztwa do Polski. Dywagacje, czy samolot, który uległ katastrofie (dalej „samolot prezydencki", chociaż ten termin nie jest właściwy), był wojskowy czy nie, a wizyta oficjalna lub nie, są w tym kontekście bez znaczenia. Jeśli chodzi natomiast o wyjaśnianie katastrofy, to Polska może to uczynić samodzielnie, we współpracy z Rosją (to reguluje  umowa z 1993 r.) lub nawet zmierzać do powołania komisji międzynarodowej. Pamiętać jednak należy, że podstawowym materiałem faktograficznym dysponuje Rosja i od niej zależy dopuszczenie do niego strony obcej. Powinni sobie zdawać z tego sprawę wszyscy, którzy dyskutują o katastrofie. PiS i jego sympatycy wyrażają takie oto postulaty: „wprawdzie wiemy, że Rosjanie prawdopodobnie odmówią przekazania śledztwa, ale rząd polski wykazałby aktywność w sprawie katastrofy, gdyby wystąpił o  przeniesienie śledztwa", czy „wiemy, że Rosjanie i tak ujawnią to, co będą chcieli, ale powinniśmy dążyć do tego, aby znana była maksymalna ilość faktów, a to jest możliwe wtedy, gdy wyjaśniać będzie strona polska lub międzynarodowa komisja". Propagandowy charakter tych wezwań jest widoczny jak na dłoni. Są one skierowane przeciwko obecnym władzom polski, a nie dyktowane chęcią wyjaśnienia katastrofy. Co więcej, Rosjanie na pewno starannie monitorują polską scenę polityczno-medialną i zdają sobie sprawę, że roszczenia części Polaków są podszyte autentyczną lub udawaną nieufnością do śledztwa i wyjaśnienia prowadzonego przez organy rosyjskie. Można wzruszać ramionami na głupoty opowiadane przez rozmówców Pospieszalskiego czy wypisywane w „Naszym Dzienniku", ale Rosjanie mają prawo traktować je poważnie. Tym bardziej więc będą ostrożni w przekazywaniu informacji, które mogłyby być interpretowane na ich niekorzyść. Postulaty, aby śledztwo przeniesiono do Polski są absurdalne z prawnego punktu widzenia. Te zaś dotyczące zminimalizowania strony rosyjskiej w wyjaśnianiu, niemądre metodologicznie, bo mogą ograniczyć bazę faktograficzną,  i politycznie, bo nie współgrają z oświadczeniami o nowej jakości stosunków polsko-rosyjskich. Jak strona rosyjska ma wierzyć, że idzie ku lepszemu, skoro „Wiadomości" telewizji publicznej najpierw emitują video-oświadczenie J. Kaczyńskiego „Do przyjaciół Rosjan", a zaraz potem, serwują kpiny z parady w Moskwie i materiał o tym, jak Rosjanie słabo zabezpieczają teren katastrofy. Nawiasem mówiąc, owo oświadczenie jest jakby repliką znanego wiersza „Do przyjaciół Moskali", ale różnica pomiędzy tymi dwoma przesłaniami jest dokładnie taka, jak pomiędzy Adamem Mickiewiczem a Jarosławem Kaczyńskim.

Niżej sformułuję kilka obserwacji na temat genezy katastrofy. Rosjanie doskonale zdawali sobie sprawę z konfliktu na szczytach władzy w Polsce. Dlatego  zaprosili polskiego premiera, a nie prezydenta na oficjalne uroczystości katyńskie. Kierowali się też zapewne słusznym przekonaniem, że przemówienie D. Tuska będzie łagodniejsze aniżeli L. Kaczyńskiego, a więc łatwiejsze do strawienia dla przywódcy rosyjskiego. Zdawali sobie oczywiście sprawę z tego, że L. Kaczyński nie zrezygnuje z przyjazdu do Katynia (nie ukrywał zresztą tego, że to on reprezentuje naród i państwo, a więc powinien być obecny na uroczystościach). Było jednak dla nich wygodniejsze, gdy prezydent RP przyjedzie półoficjalnie, a nie oficjalnie. Jeśli więc rozpatrywać katastrofę jako skutek wielkiej polityki, to Rosjanie rzeczywiście stworzyli kontekst dla tego wydarzenia, aczkolwiek, co trzeba stanowczo podkreślić, polegało to na rozegraniu wspomnianego konfliktu wykreowanego przez samych Polaków. Nawet gdyby uznać, że Rosjanie chcieli go pogłębić, co jest, a przynajmniej było racjonalne z ich punktu widzenia, oskarżanie strony rosyjskiej o spowodowanie katastrofy jest nonsensowne.

Nie może dziwić, że L. Kaczyński chciał pokazać się w Katyniu w dniu 10 kwietnia z większą pompą niż D. Tusk trzy dni wcześniej. Stąd delegacja prezydencka była znacznie bardziej okazała niż ta, która towarzyszyła premierowi. Nawet jeśli przyjmiemy, że naczelną intencją wyprawy do Katynia w dniu 10 kwietnia 2010 r. było uczczenie ofiar sprzed 70 lat, to bieżący sens polityczny (wyborczy) tej wizyty był oczywisty. Ale to także stanowiło element kontekstu katastrofy w tym samym sensie w jakim nim było wykorzystanie konfliktu polsko-polskiego przez Rosjan. Nikt nie powinien twierdzić, że jedno i drugie genetycznie tłumaczą katastrofę. Obie wskazane okoliczności miałyby swój niezmieniony walor nawet, gdyby do niej nie doszło. Nie należy więc tłumaczyć smoleńskiej tragedii ani grą władz rosyjskich ani dążeniem L. Kaczyńskiego do zaprezentowania siebie jako przywódcy Polski.

Wyjaśnienia katastrofy trzeba szukać w bardziej prozaicznych faktach. Pomijam tutaj kwestie techniczne. To ewentualnie objaśni śledztwo. Pierwsze pytanie, jakie od razu nasuwa się, dotyczy tego, kto przygotowywał lot do Smoleńska i przebieg uroczystości w Katyniu. Informacje na ten temat wskazują na wiele podmiotów. Samoloty i ich techniczna obsługa są w gestii wojska. To samo dotyczy BOR. Te agendy podlegają rządowi. Na razie jednak nie ma żadnych zastrzeżeń ani do technicznego stanu samolotu ani do tzw. borowców, którzy zresztą nie mieli szans ochraniać prezydenta. Te elementy można więc pominąć w tym momencie. Z kolei zaproszenia wystosowywała Kancelaria Prezydenta, informując Ministra Obrony Narodowej o udziale generałów. Tutaj notujemy pewne kontrowersje pomiędzy rządem a Kancelarią Prezydenta. Z dokumentów wynika, że min. Klich wyraził zgodę na udział dowódców sił zbrojnych w prezydenckiej delegacji, ale tłumaczy, że sposób podróży nie zależy od niego. Chodzi jednak o to, czy podróż takiej grupy generałów jednym samolotem jest w ogóle dopuszczalna. Wszystko wskazuje na to, że nie ma w Polsce jasnych zasad w tej materii. Jeśli jednak mówi się, że Minister Obrony Narodowej powinien zainteresować się trybem podróży dowódców wojskowych, a nie tylko tym, że znajdą się w delegacji, to trudno temu przeczyć, ale trzeba też zauważyć, że wszystko odbywało się w przytomności szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego (przy Kancelarii Prezydenta), a przede wszystkim Zwierzchnika Sił Zbrojnych RP, czyli L. Kaczyńskiego. Ci, którzy obwiniają rząd, powinni o tym pamiętać. Jeśli przy prawdopodobnym braku jasnych zasad wymaga się wyobraźni od decydentów o udziale takich czy innych oficjeli państwowych, to tego rodzaju postulaty winny być adresowane do wszystkich zainteresowanych a nie tylko do niektórych. Wiele wskazuje na to, że konflikt na linii prezydent-rząd skutkował z jednej strony dość aroganckim stylem jedynie informowania agend rządowych przez Kancelarię Prezydenta z jednej strony, ale także programowym powstrzymywaniem się rządu przed interwencjami w organizację prezydenckiego wyjazdu.

B. Borusewicz, Marszałek Senatu, także uprawniony do korzystania z transportu oficjalnego,  wyjaśnił, ze wprawdzie samolotami dysponuje wojsko i ono je podstawia, ale szczegóły wizyt należą do stosownych kancelarii. Wygląda więc na to, że to Kancelaria Prezydenta ustaliła datę i godzinę wylotu, datę i godzinę powrotu oraz początek uroczystości w Katyniu. Wiadomo, że Kancelaria Prezydenta nie zgodziła się na sugerowaną wcześniejszą godzinę wylotu, a nadto i tak samolot wystartował później niż przewidywano z powodu spóźnienia się L. Kaczyńskiego. To zdumiewająca lekkomyślność logistycznych organizatorów podróży. Nie po raz pierwszy samoloty z polskimi dostojnikami na pokładzie lądowały na lotnisku „Siewiernyj" w Smoleńsku. Musiało być wiadome, że nie jest to port lotniczy wyposażony w nowoczesną aparaturę, że obsługa posługuje się językiem rosyjskim, że w kwietniu bywają tam mgły. Trudno zrozumieć, dlaczego było to tak zaplanowane, iż nie wzięto pod uwagę ewentualnego lądowania na innym lotnisku wraz z zabezpieczeniem odpowiedniego czasu na przejazd do Katynia w takim przypadku. Na ten temat wszyscy milczą. Radbym wiedzieć, kto za to odpowiadał. Czy zastosowano staropolską zasadę „Jakoś to będzie"? Czy znowu zadziałał mechanizm nieinformowania i niewtrącania się?

I wreszcie, dlaczego pilot lądował w ekstremalnie trudnych warunkach. Rosjanie powiadają, że odradzali, ale nie mogli zabronić. Dodają, że ewentualnie, mogli zamknąć lotnisko, ale nie chcieli, bo mogłoby być to odebrane jako utrudnianie przebiegu uroczystości katyńskich z powodów politycznych. W każdym razie, decyzję pozostawili polskim pilotom. I tutaj dochodzimy do pytania, czy pilot sam podjął taką a nie inną decyzję czy też został do niej przez kogoś skłoniony. Jeśli taka interwencja kogoś została zarejestrowana przez tzw. czarne skrzynki, rzecz zostanie rozstrzygnięta. Ale jeśli nie będzie bezpośrednich danych na ten temat ewentualnego nacisku na pilota, to pozostają rozmaite możliwości, np. piloci mogli być poinformowani, że mają lądować w Smoleńsku, ponieważ czas nagli. Nawet jeśli ktoś im powiedział „Oczywiście, o ile to będzie możliwe z uwagi na warunki", brzmi to niemal jak polecenie. Ostatecznie, aby skorzystać ze znanego powiedzenia Sartre'a, człowiek jest wolnością w sytuacji. I takim też był pilot prezydenckiego samolotu. Wprawdzie mógł zdecydować o lądowaniu gdzie indziej, ale, wedle relacji kontrolerów w Smoleńsku,  oświadczył, że raz spróbuje, a jeśli się nie uda, odleci, gdzie indziej. Spróbował, ale raz za dużo.

Przypuszczam, że nigdy nie dowiemy się o tym, jak było naprawdę, może nie w kwestiach technicznych, ale logistycznych. Te drugie, o ile potwierdzą się doniesienia o tym, że bezpośrednią przyczyną katastrofy były trudne warunki i nie została ona spowodowana usterką maszyny, zostaną ujawnione selektywnie. Wiele bowiem wskazuje na to, że miały miejsce elementarne zaniedbania organizacyjne i chęć pokazania, zwłaszcza ze strony Kancelarii Prezydenta, kto tutaj rządzi. Czy wynika coś praktycznego z tych uwag? Owszem, dwie rzeczy. Po pierwsze, muszą być opracowane jasne procedury organizowania podróży, w których uczestniczą najważniejsze osoby w państwie. Po drugie, nie ukrywam, że jest to element kampanii wyborczej, trzeba dokonać takiej elekcji prezydenta, aby zniknął konflikt jako kontekst wydarzeń politycznych. Szanse, aby wybór Jarosława Kaczyńskiego, znacznie bardziej kłótliwego niż jego brat, zapewnił polsko-polskie współdziałanie są znikome. A więc, wszystko, byle nie PiS.




  Komentarz (1)
1. Wiele niewiadomych
Napisał(a) Ten adres e-mail jest ukrywany przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć , na temat 16-05-2010 21:23
Zastanawiam się tylko na głos jakie skutki ma w lotnictwie agresywna walka o władzę Jarosława Kaczyńskiego i nic nie przychodzi mi do głowy.

Only registered users can write comments.
Proszę się zalogować.

Powered by AkoComment Tweaked Special Edition v.1.4.6
AkoComment © Copyright 2004 by Arthur Konze - www.mamboportal.com
All right reserved

 
© 2010 Ruch na Rzecz Demokracji
Joomla! is Free Software released under the GNU/GPL License.