|
Jan
Woleński
W
języku prawniczym „śledztwo" oznacza sformalizowane postępowanie prowadzone
przez uprawnione do tego organy, przede wszystkim prokuraturę (ale bywają też
parlamentarne komisje śledcze). Śledztwo na temat zdarzenia X prowadzone jest
przez prokuraturę miejsca (kraju), na terenie którego miało miejsce wydarzenie
będące przedmiotem czynności śledczych, o ile obowiązujące przepisy, np. umowy
międzynarodowe nie stanowią inaczej.
Wyjaśnienie jest kategorią metodologiczną odnoszącą się do czynności
zmierzających, dlaczego coś miało (ma) miejsce. Śledztwo może obejmować
wyjaśnianie, ale wcale nie musi. Jeśli oskarża się kogoś o popełnienie
przestępstwa, śledztwo musi ustalić, czy ta osoba dopuściła się czynu, który
jej się zarzuca, ale niekoniecznie trzeba ustalić, dlaczego to zrobiła. Wyjaśnienie
może stosować prawa przyrody (np. gdy chcemy wyjaśnić, dlaczego planety poruszają
się po takich a nie innych torach,
odwołujemy się do praw fizyki), ale też polegać na określaniu zespołu
przyczyn, których efektem jest objaśniane zdarzenie. Tę drugą procedurę
wykorzystuje się w historii i zwie się wyjaśnianiem genetycznym. Gdy chcemy np.
wyjaśnić, dlaczego miała miejsce zmiana ustrojowa w Polsce w 1989 r.,
konstruujemy stosowny ciąg przyczynowo-skutkowy, który ma odtwarzać proces
prowadzący do załamania się starego systemu politycznego w naszym kraju.
Historykom dobrze znane są kłopoty związane z wyjaśnieniem genetycznym. W
którym momencie trzeba zacząć ciąg przyczynowo-skutkowy, np. w 1918 r., 1939 r.
czy 1944 r.? Jak określić wagę przyczyn, zwłaszcza tych bliższych wyjaśnianemu
faktowi, np. problemy ekonomiczne PRL, politykę amerykańską, działalność „Solidarności",
pontyfikat Jana Pawła II, czy zmiany w ZSRR? Co, tj. jak szeroki materiał
można, należy wziąć pod uwagę, np. kontekst ekonomiczny, międzynarodowy itp.?
Przypominam
te proste kwestie w związku z pytaniami o wyjaśnienie i śledztwo katastrofy pod
Smoleńskiem (dalej będę używał słowa „katastrofa" w odpowiednim przypadku).
Wiele osób domaga się, aby Polska przejęła śledztwo w sprawie katastrofy. Otóż,
nie może tego uczynić ze względów prawnych, ponieważ Smoleńsk leży na
terytorium Federacji Rosyjskiej, a nie ma przepisów, które by umożliwiały
przeniesienie śledztwa do Polski. Dywagacje, czy samolot, który uległ katastrofie
(dalej „samolot prezydencki", chociaż ten termin nie jest właściwy), był
wojskowy czy nie, a wizyta oficjalna lub nie, są w tym kontekście bez
znaczenia. Jeśli chodzi natomiast o wyjaśnianie katastrofy, to Polska może to
uczynić samodzielnie, we współpracy z Rosją (to reguluje umowa z 1993 r.) lub nawet zmierzać do
powołania komisji międzynarodowej. Pamiętać jednak należy, że podstawowym
materiałem faktograficznym dysponuje Rosja i od niej zależy dopuszczenie do
niego strony obcej. Powinni sobie zdawać z tego sprawę wszyscy, którzy
dyskutują o katastrofie. PiS i jego sympatycy wyrażają takie oto postulaty: „wprawdzie
wiemy, że Rosjanie prawdopodobnie odmówią przekazania śledztwa, ale rząd polski
wykazałby aktywność w sprawie katastrofy, gdyby wystąpił o przeniesienie śledztwa", czy „wiemy, że
Rosjanie i tak ujawnią to, co będą chcieli, ale powinniśmy dążyć do tego, aby
znana była maksymalna ilość faktów, a to jest możliwe wtedy, gdy wyjaśniać
będzie strona polska lub międzynarodowa komisja". Propagandowy charakter tych
wezwań jest widoczny jak na dłoni. Są one skierowane przeciwko obecnym władzom
polski, a nie dyktowane chęcią wyjaśnienia katastrofy. Co więcej, Rosjanie na
pewno starannie monitorują polską scenę polityczno-medialną i zdają sobie
sprawę, że roszczenia części Polaków są podszyte autentyczną lub udawaną
nieufnością do śledztwa i wyjaśnienia prowadzonego przez organy rosyjskie. Można
wzruszać ramionami na głupoty opowiadane przez rozmówców Pospieszalskiego czy
wypisywane w „Naszym Dzienniku", ale Rosjanie mają prawo traktować je poważnie.
Tym bardziej więc będą ostrożni w przekazywaniu informacji, które mogłyby być
interpretowane na ich niekorzyść. Postulaty, aby śledztwo przeniesiono do
Polski są absurdalne z prawnego punktu widzenia. Te zaś dotyczące
zminimalizowania strony rosyjskiej w wyjaśnianiu, niemądre metodologicznie, bo
mogą ograniczyć bazę faktograficzną, i
politycznie, bo nie współgrają z oświadczeniami o nowej jakości stosunków
polsko-rosyjskich. Jak strona rosyjska ma wierzyć, że idzie ku lepszemu, skoro
„Wiadomości" telewizji publicznej najpierw emitują video-oświadczenie J.
Kaczyńskiego „Do przyjaciół Rosjan", a zaraz potem, serwują kpiny z parady w
Moskwie i materiał o tym, jak Rosjanie słabo zabezpieczają teren katastrofy.
Nawiasem mówiąc, owo oświadczenie jest jakby repliką znanego wiersza „Do
przyjaciół Moskali", ale różnica pomiędzy tymi dwoma przesłaniami jest
dokładnie taka, jak pomiędzy Adamem Mickiewiczem a Jarosławem Kaczyńskim.
Niżej
sformułuję kilka obserwacji na temat genezy katastrofy. Rosjanie doskonale
zdawali sobie sprawę z konfliktu na szczytach władzy w Polsce. Dlatego zaprosili polskiego premiera, a nie
prezydenta na oficjalne uroczystości katyńskie. Kierowali się też zapewne
słusznym przekonaniem, że przemówienie D. Tuska będzie łagodniejsze aniżeli L.
Kaczyńskiego, a więc łatwiejsze do strawienia dla przywódcy rosyjskiego.
Zdawali sobie oczywiście sprawę z tego, że L. Kaczyński nie zrezygnuje z
przyjazdu do Katynia (nie ukrywał zresztą tego, że to on reprezentuje naród i
państwo, a więc powinien być obecny na uroczystościach). Było jednak dla nich
wygodniejsze, gdy prezydent RP przyjedzie półoficjalnie, a nie oficjalnie.
Jeśli więc rozpatrywać katastrofę jako skutek wielkiej polityki, to Rosjanie
rzeczywiście stworzyli kontekst dla tego wydarzenia, aczkolwiek, co trzeba
stanowczo podkreślić, polegało to na rozegraniu wspomnianego konfliktu
wykreowanego przez samych Polaków. Nawet gdyby uznać, że Rosjanie chcieli go
pogłębić, co jest, a przynajmniej było racjonalne z ich punktu widzenia,
oskarżanie strony rosyjskiej o spowodowanie katastrofy jest nonsensowne.
Nie
może dziwić, że L. Kaczyński chciał pokazać się w Katyniu w dniu 10 kwietnia z
większą pompą niż D. Tusk trzy dni wcześniej. Stąd delegacja prezydencka była
znacznie bardziej okazała niż ta, która towarzyszyła premierowi. Nawet jeśli
przyjmiemy, że naczelną intencją wyprawy do Katynia w dniu 10 kwietnia 2010 r.
było uczczenie ofiar sprzed 70 lat, to bieżący sens polityczny (wyborczy) tej
wizyty był oczywisty. Ale to także stanowiło element kontekstu katastrofy w tym
samym sensie w jakim nim było wykorzystanie konfliktu polsko-polskiego przez
Rosjan. Nikt nie powinien twierdzić, że jedno i drugie genetycznie tłumaczą katastrofę.
Obie wskazane okoliczności miałyby swój niezmieniony walor nawet, gdyby do niej
nie doszło. Nie należy więc tłumaczyć smoleńskiej tragedii ani grą władz
rosyjskich ani dążeniem L. Kaczyńskiego do zaprezentowania siebie jako
przywódcy Polski.
Wyjaśnienia
katastrofy trzeba szukać w bardziej prozaicznych faktach. Pomijam tutaj kwestie
techniczne. To ewentualnie objaśni śledztwo. Pierwsze pytanie, jakie od razu
nasuwa się, dotyczy tego, kto przygotowywał lot do Smoleńska i przebieg uroczystości
w Katyniu. Informacje na ten temat wskazują na wiele podmiotów. Samoloty i ich
techniczna obsługa są w gestii wojska. To samo dotyczy BOR. Te agendy podlegają
rządowi. Na razie jednak nie ma żadnych zastrzeżeń ani do technicznego stanu
samolotu ani do tzw. borowców, którzy zresztą nie mieli szans ochraniać
prezydenta. Te elementy można więc pominąć w tym momencie. Z kolei zaproszenia
wystosowywała Kancelaria Prezydenta, informując Ministra Obrony Narodowej o
udziale generałów. Tutaj notujemy pewne kontrowersje pomiędzy rządem a
Kancelarią Prezydenta. Z dokumentów wynika, że min. Klich wyraził zgodę na
udział dowódców sił zbrojnych w prezydenckiej delegacji, ale tłumaczy, że
sposób podróży nie zależy od niego. Chodzi jednak o to, czy podróż takiej grupy
generałów jednym samolotem jest w ogóle dopuszczalna. Wszystko wskazuje na to,
że nie ma w Polsce jasnych zasad w tej materii. Jeśli jednak mówi się, że
Minister Obrony Narodowej powinien zainteresować się trybem podróży dowódców
wojskowych, a nie tylko tym, że znajdą się w delegacji, to trudno temu
przeczyć, ale trzeba też zauważyć, że wszystko odbywało się w przytomności
szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego (przy Kancelarii Prezydenta), a przede
wszystkim Zwierzchnika Sił Zbrojnych RP, czyli L. Kaczyńskiego. Ci, którzy
obwiniają rząd, powinni o tym pamiętać. Jeśli przy prawdopodobnym braku jasnych
zasad wymaga się wyobraźni od decydentów o udziale takich czy innych oficjeli
państwowych, to tego rodzaju postulaty winny być adresowane do wszystkich
zainteresowanych a nie tylko do niektórych. Wiele wskazuje na to, że konflikt
na linii prezydent-rząd skutkował z jednej strony dość aroganckim stylem
jedynie informowania agend rządowych przez Kancelarię Prezydenta z jednej
strony, ale także programowym powstrzymywaniem się rządu przed interwencjami w
organizację prezydenckiego wyjazdu.
B.
Borusewicz, Marszałek Senatu, także uprawniony do korzystania z transportu
oficjalnego, wyjaśnił, ze wprawdzie
samolotami dysponuje wojsko i ono je podstawia, ale szczegóły wizyt należą do
stosownych kancelarii. Wygląda więc na to, że to Kancelaria Prezydenta ustaliła
datę i godzinę wylotu, datę i godzinę powrotu oraz początek uroczystości w
Katyniu. Wiadomo, że Kancelaria Prezydenta nie zgodziła się na sugerowaną
wcześniejszą godzinę wylotu, a nadto i tak samolot wystartował później niż
przewidywano z powodu spóźnienia się L. Kaczyńskiego. To zdumiewająca
lekkomyślność logistycznych organizatorów podróży. Nie po raz pierwszy samoloty
z polskimi dostojnikami na pokładzie lądowały na lotnisku „Siewiernyj" w
Smoleńsku. Musiało być wiadome, że nie jest to port lotniczy wyposażony w nowoczesną
aparaturę, że obsługa posługuje się językiem rosyjskim, że w kwietniu bywają
tam mgły. Trudno zrozumieć, dlaczego było to tak zaplanowane, iż nie wzięto pod
uwagę ewentualnego lądowania na innym lotnisku wraz z zabezpieczeniem
odpowiedniego czasu na przejazd do Katynia w takim przypadku. Na ten temat
wszyscy milczą. Radbym wiedzieć, kto za to odpowiadał. Czy zastosowano
staropolską zasadę „Jakoś to będzie"? Czy znowu zadziałał mechanizm
nieinformowania i niewtrącania się?
I
wreszcie, dlaczego pilot lądował w ekstremalnie trudnych warunkach. Rosjanie
powiadają, że odradzali, ale nie mogli zabronić. Dodają, że ewentualnie, mogli
zamknąć lotnisko, ale nie chcieli, bo mogłoby być to odebrane jako utrudnianie
przebiegu uroczystości katyńskich z powodów politycznych. W każdym razie,
decyzję pozostawili polskim pilotom. I tutaj dochodzimy do pytania, czy pilot sam
podjął taką a nie inną decyzję czy też został do niej przez kogoś skłoniony. Jeśli
taka interwencja kogoś została zarejestrowana przez tzw. czarne skrzynki, rzecz
zostanie rozstrzygnięta. Ale jeśli nie będzie bezpośrednich danych na ten temat
ewentualnego nacisku na pilota, to pozostają rozmaite możliwości, np. piloci mogli
być poinformowani, że mają lądować w Smoleńsku, ponieważ czas nagli. Nawet
jeśli ktoś im powiedział „Oczywiście, o ile to będzie możliwe z uwagi na
warunki", brzmi to niemal jak polecenie. Ostatecznie, aby skorzystać ze znanego
powiedzenia Sartre'a, człowiek jest wolnością w sytuacji. I takim też był pilot
prezydenckiego samolotu. Wprawdzie mógł zdecydować o lądowaniu gdzie indziej,
ale, wedle relacji kontrolerów w Smoleńsku, oświadczył, że raz spróbuje, a jeśli się nie
uda, odleci, gdzie indziej. Spróbował, ale raz za dużo.
Przypuszczam,
że nigdy nie dowiemy się o tym, jak było naprawdę, może nie w kwestiach
technicznych, ale logistycznych. Te drugie, o ile potwierdzą się doniesienia o
tym, że bezpośrednią przyczyną katastrofy były trudne warunki i nie została ona
spowodowana usterką maszyny, zostaną ujawnione selektywnie. Wiele bowiem
wskazuje na to, że miały miejsce elementarne zaniedbania organizacyjne i chęć
pokazania, zwłaszcza ze strony Kancelarii Prezydenta, kto tutaj rządzi. Czy
wynika coś praktycznego z tych uwag? Owszem, dwie rzeczy. Po pierwsze, muszą
być opracowane jasne procedury organizowania podróży, w których uczestniczą
najważniejsze osoby w państwie. Po drugie, nie ukrywam, że jest to element
kampanii wyborczej, trzeba dokonać takiej elekcji prezydenta, aby zniknął
konflikt jako kontekst wydarzeń politycznych. Szanse, aby wybór Jarosława
Kaczyńskiego, znacznie bardziej kłótliwego niż jego brat, zapewnił
polsko-polskie współdziałanie są znikome. A więc, wszystko, byle nie PiS.
1. Wiele niewiadomych Napisał(a)
Ten adres e-mail jest ukrywany przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
, na temat 16-05-2010 21:23 Zastanawiam się tylko na głos jakie skutki ma w lotnictwie agresywna walka o władzę Jarosława Kaczyńskiego i nic nie przychodzi mi do głowy.
|
Only registered users can write comments. Proszę się zalogować. Powered by AkoComment Tweaked Special Edition v.1.4.6 AkoComment © Copyright 2004 by Arthur Konze - www.mamboportal.com All right reserved |