|
Jan Woleński
Okoliczności, które spowodowały
przyspieszoną elekcję prezydencką,
także zdeterminowały przebieg kampanii wyborczej. Dwaj główni pretendenci
znaleźli się w delikatnej sytuacji. Wprawdzie Jarosław Kaczyński sam siebie
uważa za sukcesora swego brata i tak też jest przedstawiany przez swych
zwolenników, ale nie jest publicznie zbyt aktywny. Poza ogólnikowymi
deklaracjami o potrzebie kontynuowania „Polski solidarnej", wypowiedział się publicznie tylko raz apelując do swej
partii, aby nie dała się sprowokować. Wedle zapowiedzi ma być bardziej widoczny
w drugiej połowie maja. Bronisław Komorowski także mówi niewiele w ramach
kampanii przedwyborczej. W gruncie rzeczy nie musi, bo jego przewaga,
przynajmniej ta sondażowa, jest wyraźna. Obaj rywale uważają, zapewnie
słusznie, że wzajemne ataki zostałyby odebrane jako coś niestosownego, więc
wolą milczeć. Inni kandydaci są najwyraźniej skrępowani postawą Kaczyńskiego i
Komorowskiego, więc zachowują się podobnie, co znaczy, że nie bardzo są w
stanie powiększyć swoje szanse. Szkoda, bo zwycięstwo lidera PiS będzie
szkodliwe (wielokrotnie pisałem dlaczego, więc nie ma sensu powtarzać argumentów),
a sukces PO spowoduje przejęcie całości władzy przez tę partię, a taki stan rzeczy
na ogół nie sprzyja właściwemu biegowi spraw publicznych.
To, że spektakl wyborczy na razie przypomina
pantomimę, przynajmniej wedle scenariusza przyjętego przez jego głównych
aktorów, nie znaczy, że kampanii wyborczej w ogóle nie ma. Prowadzą ją
pomniejsi politycy oraz media, a więc plenipotenci pretendentów. Propaganda na rzecz
Jarosława Kaczyńskiego, a tym zajmę się w dalszym ciągu niniejszego felietonu, zasadza
się na legendzie tragicznie zmarłego prezydenta. Niemniej jednak, coraz więcej
Polaków, zarówno analityków sceny politycznej jak i zwykłych ludzi uważa, że owa
legenda została wykreowana sztucznie, głównie pompatycznym pogrzebem na Wawelu,
zabiegiem w gruncie rzeczy socjotechnicznym, nie przystającym do zasług osoby tak
uhonorowanej. W samej rzeczy prezydentura Lecha Kaczyńskiego była nader
przeciętna, raczej nieudana, a jako taka
nie jest wygodnym punktem odniesienia dla pozyskania szerszego elektoratu. Gdyby Jarosław Kaczyński startował do wyborów
w normalnych okolicznościach, np. po dwóch pełnych kadencjach swego brata,
mógłby argumentować, że chociaż były prezydent był dobry, on będzie jeszcze
lepszy; ustępujący prezydent na pewno potwierdziłby taką ocenę (media zresztą
ujawniły, że, wedle Lecha, Jarosław byłby lepszą głową państwa). Ta droga
została jednak całkowicie zamknięta, bo jeśli legenda ma zadziałać nawet w
minimalnym stopniu, musi pozostać mitem.
Kampania wyborcza Jarosława Kaczyńskiego
płynie trzema strumieniami. Jeden to propaganda skrajnie prawicowych mediów,
jak „Myśl Niepodległa" czy „Gazeta Polska", drugim jest agitacja ze strony
radiomaryjnych, a trzecim publicystyka „Rzeczpospolitej". Wszystkie trzy
zlewają się w rzekę kultywowania legendy Lecha Kaczyńskiego i pochwał dla Jarosława
Kaczyńskiego jako wręcz męża opatrznościowego i najlepszego z możliwych kandydatów
(swoistym wyrazem tego stał się kabotyński wiersz Jarosława Marka Rymkiewicza;
kto nie zna, niech koniecznie przeczyta). Dwa pierwsze zdroje propagandy
pracują dla elektoratu przedstawionego w filmie „Solidarni 2010" epatując
teorią spisku w Smoleńsku i to zorganizowanego przez Putina wspólnie z Tuskiem;
ten drugi ma mieć krew na rękach. Pojawił się też i wątek żydowski. „Myśl
Niepodległa" wypomniała Komorowskiemu, że współpracował z nim dziennikarz
pochodzenia żydowskiego, obecnie przewodniczący organizacji „B'nai B'rith".
Wychodzi więc na to, że Ojczyzna (pisane przez „O" rzecz jasna) znowu w niebezpieczeństwie
z wiadomej strony. „Rzeczpospolita" jest bardziej subtelna. Wprawdzie nie popiera
spiskowej teorii katastrofy, ale broni rzeczonego filmu wskazując na wolność
słowa. Jak powiada Bronisław Wildstein: salon chce zamknąć usta poważnej części
narodu. Rząd jest krytykowany (to samo czynią niektórzy politycy PiS) za
bierność w śledztwie smoleńskim, aczkolwiek dobrze wiadomo, że Polska nie może
go przejąć (szerzej o tych kwestiach napiszę w następnym felietonie). Komorowski
zbiera ciosy za podpisanie ustawy o IPN
i zlekceważenie woli zmarłego prezydenta, który zamierzał skierować
sprawę do Trybunału Konstytucyjnego. Kwiat publicystów „Rzeczpospolitej" (Lisicki, Semka, Ziemkiewicz) wałkuje ten temat,
aczkolwiek nikt nawet nie zająknął się, że Lech Kaczyński chciał za wszelką
cenę opóźnić wejście ustawy w życie, tak aby nowy prezes IPN został wybrany
jeszcze wedle starego trybu; to samo chciało zrobić Kolegium IPN już po śmierci
Lecha Kaczyńskiego, nie bacząc na żałobę. Ziemkiewicz sugeruje nawet, że PO spieszy
się w sprawie IPN, bo boi się zawartości teczek.
Stanowisko Kościoła katolickiego nie jest do końca jasne. Nie należy wyciągać
daleko idących wniosków z przebiegu uroczystości pogrzebowych. Celem biskupów
było, jak już pisałem wcześniej, sprawienie, aby ceremoniały były bardziej
kościelne niż państwowe, co znakomicie udało się. Obserwując zachowanie się
metropolity krakowskiego w Kościele Mariackim
można było odnieść wrażenie, iż zdecydował o pochowaniu Lecha Kaczyńskiego na
Wawelu głównie po to, aby pokazać się jako ważny dostojnik kościelny. Na razie wydaje się, że biskupi zachowają
neutralność w sprawie wyborów. Obaj kandydaci gwarantują utrzymanie status quo
w stosunkach państwo-kościół, a Komorowski jest znacznie bardziej przewidywalny
niż Kaczyński. Biskupi nie mają więc żadnego interesu w popieraniu tego
drugiego w sytuacji, w której rezultat wyborczy jest nader niepewny dla kandydata
PiS. Hierarchowie z otoczenia o. Rydzyka będą zapewne agitować za Kaczyńskim, a
to samo dotyczy przeciętnych księży (por. wystąpienia bp Ryczana, bp Napierały i postawę proboszcza w
Poroninie), ale wydaje się, że ich
propaganda trafi tylko do klienteli „Radia Maryja". Wystąpienia polityków PiS
są na razie spokojne, wyważone, ale i wieloznaczne. Europoseł J. Wojciechowski,
znany ze zmieniania politycznych barw, podobnie jak jego kolega R. Czarnecki, harcują na swoich blogach. Pierwszy odkrył, że
Komorowski byłby lepszym prezydentem dla Rosjan. Ta uwaga jest groźna i nieodpowiedzialna, ponieważ
wpisuje fundamentalne problemy polskiej polityki zagranicznej w doraźne wyścigi
polityczne.
Dotychczasowy przebieg kampanii wyborczej
nie wróży sukcesu kandydatowi PiS. Analogie z wyborami z 2005 r. są ryzykowne.
Wówczas głosowano na osoby, obecnie znacznie bardziej liczą się partie.
Jarosław Kaczyński zyskał nieco na legendzie brata, ale jeśli nawet tendencja
ta utrzyma się, zapewnie nie wystarczy do jego zwycięstwa wyborczego. Niemniej
jednak, ponieważ wszystko jest możliwe, podtrzymuję stare hasło „Wszystko,
tylko nie PiS". Jeden z moich znajomych, wprawdzie zgodził się z tym, że wybór
Jarosława Kaczyńskiego na prezydenta nie zmieni układu sił na polskiej scenie
politycznej w sposób zasadniczy, ale dodał „Ale jeszcze pozostaje wielki
wstyd". Tak trzymać.
Only registered users can write comments. Proszę się zalogować. Powered by AkoComment Tweaked Special Edition v.1.4.6 AkoComment © Copyright 2004 by Arthur Konze - www.mamboportal.com All right reserved |