Logo

Logo Ruchu na Rzecz Demokracji opracował Adam Łyskawa z Gdyni. Zostało ono przychylnie przyjętę przez grupę osób z Krakowa i Łodzi, nie krytykował też nikt z użytkowników strony. Praca p. Łyskawy była całkowicie społeczna, odwdzięczyć się możemy jedynie adresem z jego portofolio http://pp-layouts.com/.

Logowanie pozwala

Czytać materiały zastrzeżone dla zarejestrowanych  
Komentować artykuły 
Głosować
Oglądać wyniki głosowań

Logowanie






Nie pamiętam hasła
Konto? Zarejestruj się!
Start
Manewry plenipotentów Drukuj Email
05.05.2010.
Jan Woleński

 Okoliczności, które spowodowały przyspieszoną elekcję prezydencką, także zdeterminowały przebieg kampanii wyborczej. Dwaj główni pretendenci znaleźli się w delikatnej sytuacji. Wprawdzie Jarosław Kaczyński sam siebie uważa za sukcesora swego brata i tak też jest przedstawiany przez swych zwolenników, ale nie jest publicznie zbyt aktywny. Poza ogólnikowymi deklaracjami o potrzebie kontynuowania „Polski solidarnej", wypowiedział  się publicznie tylko raz apelując do swej partii, aby nie dała się sprowokować. Wedle zapowiedzi ma być bardziej widoczny w drugiej połowie maja. Bronisław Komorowski także mówi niewiele w ramach kampanii przedwyborczej. W gruncie rzeczy nie musi, bo jego przewaga, przynajmniej ta sondażowa, jest wyraźna. Obaj rywale uważają, zapewnie słusznie, że wzajemne ataki zostałyby odebrane jako coś niestosownego, więc wolą milczeć. Inni kandydaci są najwyraźniej skrępowani postawą Kaczyńskiego i Komorowskiego, więc zachowują się podobnie, co znaczy, że nie bardzo są w stanie powiększyć swoje szanse. Szkoda, bo zwycięstwo lidera PiS będzie szkodliwe (wielokrotnie pisałem dlaczego, więc nie ma sensu powtarzać argumentów), a sukces PO spowoduje przejęcie całości władzy przez tę partię, a taki stan rzeczy na ogół nie sprzyja właściwemu biegowi spraw publicznych.

To, że spektakl wyborczy na razie przypomina pantomimę, przynajmniej wedle scenariusza przyjętego przez jego głównych aktorów, nie znaczy, że kampanii wyborczej w ogóle nie ma. Prowadzą ją pomniejsi politycy oraz media, a więc plenipotenci pretendentów. Propaganda na rzecz Jarosława Kaczyńskiego, a tym zajmę się w dalszym ciągu niniejszego felietonu, zasadza się na legendzie tragicznie zmarłego prezydenta. Niemniej jednak, coraz więcej Polaków, zarówno analityków sceny politycznej jak i zwykłych ludzi uważa, że owa legenda została wykreowana sztucznie, głównie pompatycznym pogrzebem na Wawelu, zabiegiem w gruncie rzeczy socjotechnicznym, nie przystającym do zasług osoby tak uhonorowanej. W samej rzeczy prezydentura Lecha Kaczyńskiego była nader przeciętna, raczej nieudana,  a jako taka nie jest wygodnym punktem odniesienia dla pozyskania szerszego elektoratu.  Gdyby Jarosław Kaczyński startował do wyborów w normalnych okolicznościach, np. po dwóch pełnych kadencjach swego brata, mógłby argumentować, że chociaż były prezydent był dobry, on będzie jeszcze lepszy; ustępujący prezydent na pewno potwierdziłby taką ocenę (media zresztą ujawniły, że, wedle Lecha, Jarosław byłby lepszą głową państwa). Ta droga została jednak całkowicie zamknięta, bo jeśli legenda ma zadziałać nawet w minimalnym stopniu, musi pozostać mitem.

Kampania wyborcza Jarosława Kaczyńskiego płynie trzema strumieniami. Jeden to propaganda skrajnie prawicowych mediów, jak „Myśl Niepodległa" czy „Gazeta Polska", drugim jest agitacja ze strony radiomaryjnych, a trzecim publicystyka „Rzeczpospolitej". Wszystkie trzy zlewają się w rzekę kultywowania legendy Lecha Kaczyńskiego i pochwał dla Jarosława Kaczyńskiego jako wręcz męża opatrznościowego i najlepszego z możliwych kandydatów (swoistym wyrazem tego stał się kabotyński wiersz Jarosława Marka Rymkiewicza; kto nie zna, niech koniecznie przeczyta). Dwa pierwsze zdroje propagandy pracują dla elektoratu przedstawionego w filmie „Solidarni 2010" epatując teorią spisku w Smoleńsku i to zorganizowanego przez Putina wspólnie z Tuskiem; ten drugi ma mieć krew na rękach. Pojawił się też i wątek żydowski. „Myśl Niepodległa" wypomniała Komorowskiemu, że współpracował z nim dziennikarz pochodzenia żydowskiego, obecnie przewodniczący organizacji „B'nai B'rith". Wychodzi więc na to, że Ojczyzna (pisane przez „O" rzecz jasna) znowu w niebezpieczeństwie z wiadomej strony. „Rzeczpospolita" jest bardziej subtelna. Wprawdzie nie popiera spiskowej teorii katastrofy, ale broni rzeczonego filmu wskazując na wolność słowa. Jak powiada Bronisław Wildstein: salon chce zamknąć usta poważnej części narodu. Rząd jest krytykowany (to samo czynią niektórzy politycy PiS) za bierność w śledztwie smoleńskim, aczkolwiek dobrze wiadomo, że Polska nie może go przejąć (szerzej o tych kwestiach napiszę w następnym felietonie). Komorowski zbiera ciosy za podpisanie ustawy o IPN  i zlekceważenie woli zmarłego prezydenta, który zamierzał skierować sprawę do Trybunału Konstytucyjnego. Kwiat publicystów „Rzeczpospolitej" (Lisicki, Semka, Ziemkiewicz) wałkuje ten temat, aczkolwiek nikt nawet nie zająknął się, że Lech Kaczyński chciał za wszelką cenę opóźnić wejście ustawy w życie, tak aby nowy prezes IPN został wybrany jeszcze wedle starego trybu; to samo chciało zrobić Kolegium IPN już po śmierci Lecha Kaczyńskiego, nie bacząc na żałobę. Ziemkiewicz sugeruje nawet, że PO spieszy się w sprawie IPN, bo boi się zawartości teczek. 

Stanowisko Kościoła katolickiego nie jest do końca jasne. Nie należy wyciągać daleko idących wniosków z przebiegu uroczystości pogrzebowych. Celem biskupów było, jak już pisałem wcześniej, sprawienie, aby ceremoniały były bardziej kościelne niż państwowe, co znakomicie udało się. Obserwując zachowanie się metropolity krakowskiego w Kościele Mariackim można było odnieść wrażenie, iż zdecydował o pochowaniu Lecha Kaczyńskiego na Wawelu głównie po to, aby pokazać się jako ważny dostojnik kościelny.  Na razie wydaje się, że biskupi zachowają neutralność w sprawie wyborów. Obaj kandydaci gwarantują utrzymanie status quo w stosunkach państwo-kościół, a Komorowski jest znacznie bardziej przewidywalny niż Kaczyński. Biskupi nie mają więc żadnego interesu w popieraniu tego drugiego w sytuacji, w której rezultat wyborczy jest nader niepewny dla kandydata PiS. Hierarchowie z otoczenia o. Rydzyka będą zapewne agitować za Kaczyńskim, a to samo dotyczy przeciętnych księży (por. wystąpienia bp  Ryczana, bp Napierały i postawę proboszcza w Poroninie), ale wydaje się, że  ich propaganda trafi tylko do klienteli „Radia Maryja". Wystąpienia polityków PiS są na razie spokojne, wyważone, ale i wieloznaczne. Europoseł J. Wojciechowski, znany ze zmieniania politycznych barw, podobnie jak jego kolega R. Czarnecki, harcują na swoich blogach. Pierwszy odkrył, że Komorowski byłby lepszym prezydentem dla Rosjan. Ta  uwaga jest groźna i nieodpowiedzialna, ponieważ wpisuje fundamentalne problemy polskiej polityki zagranicznej w doraźne wyścigi polityczne.  

Dotychczasowy przebieg kampanii wyborczej nie wróży sukcesu kandydatowi PiS. Analogie z wyborami z 2005 r. są ryzykowne. Wówczas głosowano na osoby, obecnie znacznie bardziej liczą się partie. Jarosław Kaczyński zyskał nieco na legendzie brata, ale jeśli nawet tendencja ta utrzyma się, zapewnie nie wystarczy do jego zwycięstwa wyborczego. Niemniej jednak, ponieważ wszystko jest możliwe, podtrzymuję stare hasło „Wszystko, tylko nie PiS". Jeden z moich znajomych, wprawdzie zgodził się z tym, że wybór Jarosława Kaczyńskiego na prezydenta nie zmieni układu sił na polskiej scenie politycznej w sposób zasadniczy, ale dodał „Ale jeszcze pozostaje wielki wstyd". Tak trzymać.




  Bądź pierwszym, komentującym ten artykuł

Only registered users can write comments.
Proszę się zalogować.

Powered by AkoComment Tweaked Special Edition v.1.4.6
AkoComment © Copyright 2004 by Arthur Konze - www.mamboportal.com
All right reserved

 
© 2010 Ruch na Rzecz Demokracji
Joomla! is Free Software released under the GNU/GPL License.