|
Jan
Woleński
Katastrofa pod Smoleńskiem spowodowała
fundamentalną zmianę sytuacji J. Kaczyńskiego. Pozostawiając sentymenty na boku
stracił najbliższego współpracownika politycznego i jedyną osobę, której w
pełni ufał. Upadła jego maksymalistyczna koncepcja polityczna, w myśl której
bracia-bliźniacy zamierzali się ubiegać o najwyższe funkcje państwowe, a być
może nawet je sprawować równocześnie, co miało już swój precedens. Strategia
Kaczyńskich w tej kadencji (tj. po wyborach z 2007 r.) zasadzała się na
zakleszczeniu rządzącej koalicji z jednej strony przez PiS trzymany twardą ręką
przez prezesa a z drugiej strony przez
prezydenta, realizującego interes polityczny brata i jego ugrupowania. Trudno
dziwić się, że J. Kaczyński zwlekał do ostatniej chwili z decyzją, czy
kandydować w przedterminowych wyborach prezydenckich czy nie. Każda z
alternatyw miała poważne minusy.
Załóżmy scenariusz najlepszy dla
Kaczyńskiego, mianowicie, że wygrywa wybory. To znaczy, że ogranicza swój wpływ
na partię albo w ogóle go traci. Ktoś może powiedzieć, że mógłby kierować
PiS-em nieformalnie. To prawda, ale tego rodzaju rola jest trudna, gdy prezydent
ma być formalnie bezpartyjny. Wcale nie wykluczam, że doły partyjne naciskały
na Kaczyńskiego, aby kandydował właśnie dla pozbycia się go jako lidera. Jednym
z najgorętszych orędowników kandydowania prezesa był Paweł Poncyliusz, o którym
wiadomo, że miewał własne zdanie. Nie ma wątpliwości, że podejrzliwy Kaczyński
brał to pod uwagę. Jeśli zaś przegra
prezydenturę, to niezadowolenie w jego ugrupowaniu będzie spore i zapewne
sztucznie podsycane. I tak źle i tak niedobrze. Dlaczego zatem J. Kaczyński
zdecydował się na kandydowanie? Znowu pomijając sentymenty, wyrażające się w
deklaracjach o konieczności realizowania testamentu zmarłego brata, jest jasne,
że odmowa kandydowania mogłaby oznaczać nieuniknioną polityczną emeryturę. Jest
wielce prawdopodobne, że J. Kaczyński uznał walkę o prezydenturę za ostatnią
szansę pozostania kimś znaczącym na polskiej scenie politycznej.
Wiele osób obawia się zwycięstwa
Kaczyńskiego. Myślę, że nie ma zbyt czego, ponieważ prezydenckie kompetencje
przy braku posiadania większości parlamentarnej nie są zbyt silne. Sytuacja J.
Kaczyńskiego nie będzie łatwa właśnie z tego powodu, że zniknęły kleszcze wyżej
wskazane. Nie znaczy to, że jest obojętne, czy Kaczyński wygra wybory czy je
przegra. Jeśli wygra będzie grał przeciwko rządowi jeszcze twardziej niż jego
brat. To oczywiste, gdyż jedyną nadzieją na przyszłość jest wygranie przez PiS
wyborów parlamentarnych w 2011 r. (lub nieco późnie w związku z polską
prezydencją w UE). A to znaczy, że wszystkie próby ułożenia rzeczy w państwie,
niezależnie od tego jak racjonalne, będą torpedowane przez Kaczyńskiego bez
najmniejszych oporów. Tedy, jego zwycięstwo w czerwcowo-lipcowych wyborach
oznaczać będzie długą (co najmniej roczną) i wyniszczającą wojną na górze.
Lepiej, aby tak nie stało się.
Only registered users can write comments. Proszę się zalogować. Powered by AkoComment Tweaked Special Edition v.1.4.6 AkoComment © Copyright 2004 by Arthur Konze - www.mamboportal.com All right reserved |