|
...państwu, które straciło prezydenta. To,
że z Lechem Kaczyńskim zginęło 95 innych osób potęguje tragizm wydarzenia,
bezprecedensowego w historii. Paradoksalnie rzecz biorąc zgon głowy państwa jest świętem państwowym, aczkolwiek, po prawdzie,
nie ma czego świętować. Gdy zmarły polityk jest człowiekiem wierzącym i
praktykującym, religijny aspekt uroczystości pośmiertnych jest ich integralnym
elementem. Z drugiej jednak strony, nie powinno być tak, iż konfesyjna oprawa
żałoby i pogrzebu przyćmiewa jej państwowy wymiar. W Polsce stało się inaczej.
To Episkopat informował o dacie pogrzebu prezydenta i jego małżonki, to
metropolita krakowski zdecydował o pochówku na Wawelu, bez inicjatywy władz państwowych
czy jakiejś szerszej grupy obywateli. Kontekst sprawy wawelskiej wygląda nader niejasno.
Kard. Stanisław Dziwisz oświadczył, że uczynił tak na prośbę rodziny dodając,
że nie znalazł argumentów, aby temu życzeniu nie zadośćuczynić. Wszelako
prominentni działacze PiS stwierdzili, że nic im nie wiadomo o staraniach
rodziny zmarłego prezydenta o Wawel jako miejsce jego wiecznego spoczynku. Tak
czy inaczej, niezależnie od tego, czy rodzina cokolwiek proponowała, wysoki
hierarcha Kościoła katolickiego sam zdecydował o tym, gdzie znajdzie się
grobowiec prezydenckiej pary. Wprawdzie miał do tego prawo, gdyż jest gospodarzem
wawelskiej katedry, ale jego postanowienie dotyczyło czegoś, co ma wymiar
publiczny i symboliczny, a dlatego winna być rezultatem zbiorowego konsensusu.
A sprawa okazała się kontrowersyjna.
Tempo podjęcia tej
decyzji było zaiste niezwykłe, zważywszy historię podobnych wydarzeń
(Mickiewicz, Słowacki, Piłsudski, Sikorski). Nie jestem skrajnym deterministą,
ale sądzę, że w sprawach publicznych, zwłaszcza tych wagi najwyższej, nic nie
dzieje się bez przyczyny. Jeden z zagranicznych dziennikarzy zapytał mnie, jak
tłumaczyć niezwykłą aktywność duchowieństwa po katastrofie pod Smoleńskiem.
Odpowiedziałem, że chodzi o kolejny przypadek zawłaszczania państwa przez
Kościół katolicki. Nie zaprzeczam oczywiście temu, że miała miejsce normalna i zrozumiała posługa
religijna, wymagana zasadami religii katolickiej, ale to, co działo się w
ubiegłym tygodniu, zdecydowanie przekroczyło rozmiary przewidywane przez
liturgię i zwyczaj. Może nie warto byłoby o tym wspominać, gdyby nie pojawiało
się pytanie o miejsce władz państwowych w powstałej sytuacji. Były oczywiście obecne, ale w zasadzie tylko w tle
wydarzeń kreowanych przez kościelnych hierarchów, rzeczywistych gospodarzy
uroczystości pogrzebowych. Niezależnie od niejasności wokół decyzji o pochówku
w narodowym sanktuarium, metropolita
krakowski dał wyraźnie do zrozumienia, kto ma kompetencje w kreowaniu
narodowych bohaterów. Nie wiadomo, co premier i p. o. prezydenta myślą na temat
podziału ról w zeszłym tygodniu. Być
może godzą się z takim przebiegiem wydarzeń z przekonania, być może ich
milczenie jest tylko taktyczne. Jakby nie było, mamy do czynienia z bardzo
osobliwym stanem rzeczy, zważywszy konstytucyjne przepisy o miejscu Kościoła
katolickiego w życiu publicznym. Neutralność światopoglądowa państwa, deklarowana
w Konstytucji RP zdecydowanie kłóci się z przebiegiem i charakterem
uroczystości żałobnych, w szczególności, pogrzebowych. Symbolom i ceremoniom
religijnym należy się zasłużony szacunek, ale prezentowanie broni przez
kompanię honorową WP w momencie podniesienia (elementu mszy św.) jest przesadą.
Skoro żałoba przystoi państwu, ono winno być jej najważniejszym podmiotem w
przestrzeni publicznej w trakcie stosownych uroczystości. To, że nie jest i na
to pozwala, stanowi bardzo wyraźny symptom słabości polskiego ładu
demokratycznego. Osobnej wzmianki wymaga fakt, że mszy pożegnalnej w Warszawie
przewodniczył nuncjusz papieski, abp. Józef Kowalczyk, a w Krakowie miał to
czynić kard. Angelo Sodano (ostatecznie nabożeństwo było celebrowane przez
metropolitę krakowskiego), a więc osoby spoza Episkopatu Polski. Wprawdzie
Kościół rządzi się swoimi prawami, ale desygnowanie obcokrajowców na prowadzących
państwowo-kościelne uroczystości żałobne jest grubym nietaktem wobec państwa
polskiego, a podobne wrażenie sprawia to, że uroczystości zakończyły homilie (podsumowania)
ze strony hierarchów. Były wprawdzie wystąpienia przedstawicieli najwyższych
władz państwowych, ale właśnie jako tło dla przemówień o charakterze
religijnym. Kościół dał jasny sygnał, po czyjej stronie są jego sympatie
polityczne. Milczenie po przemówieniu Komorowskiego w Krakowie i burza oklasków
po słowach Janusza Śniadka, przewodniczącego „Solidarności", nie pozostawiają
żadnych złudzeń w tym względzie. Można nawet domniemywać, iż skala uroczystości
religijnych po katastrofie w Smoleńsku miała na celu podkreślenie stanowiska
biskupów wobec aktualnej sytuacji politycznej w Polsce.
Tragedia smoleńska
stała się kontekstem dla dość powszechnego wezwania do zakopania
politycznych
toporów wojennych, zarówno krajowych jak i międzynarodowych. Zacznijmy
od tych
drugich. Trudno było oczekiwać, że media toruńskie posłuchają takiego
wezwania.
„Radio Maryja" i „Nasz Dziennik" od początku snuły sugestie o czynnym
udziale
Rosjan w spowodowaniu katastrofy. Nie zaprzestały ich nawet po
pierwszych i
wyraźnych ustaleniach śledztwa. Wszelako tego rodzaju hipotezy można
uznać za
folklor polityczny, śladowo obecny także na rozmaitych forach
internetowych.
Pojawiły się także głosy, że Polacy zostali zaskoczeni serdecznością
reakcji
rosyjskich, zarówno oficjalnych jak i ze strony zwykłych ludzi.
Zdumiewające to
wypowiedzi. Czyżby ich autorzy sądzili, że politycy rosyjscy zachowają
się
inaczej w obliczu dramatu, jaki rozegrał się na ich terytorium? Czy są
jakiekolwiek
podstawy do kwestionowania intencji prezydenta Miedwiediewa, który, w
przeciwieństwie
do przywódców wielu krajów, przyleciał do Krakowa? Tym, którzy mają
jakieś wątpliwości
w sprawie postawy zwyczajnych Rosjan, polecam przepiękną pieśń
Aleksandra
Dolskiego „Zdrastwuj Polsza" (Witaj Polsko) i wiersz Aleksandra
Gorodnickiego
„Pominalnaja polskomu wojsku" (Wypominki za polskie wojsko).
Przypuszczam, że u
podłoża tych niewyważonych oświadczeń, prasowych i prywatnych znajduje
się
przekonanie o naszej rzekomej wyższości cywilizacyjno-kulturowej. Czas
pożegnać
się z tym złudzeniem, bo bez tego normalizacja stosunków
polsko-rosyjskich nie
będzie możliwa. Zgadzam się z tymi, którzy uważają, że postawa strony
rosyjskiej (oficjalnej) wobec katastrofy pod Smoleńskiem jest jedynie
epizodem,
który nie będzie automatycznie skutkował w sferze politycznej. Wolę
mówić o
normalizacji niż o pojednaniu, bo ta druga kategoria trąci
sentymentalizmem. W
tym kontekście, wezwanie kard. Dziwisza „Wybaczamy i prosimy o
wybaczenie" jest
niestosowne. Po pierwsze, stanowi,
mówiąc kolokwialnie, odgrzewany kotlet (po liście biskupów polskich do
biskupów
niemieckich z 1965 r.). Po drugie, nie do końca jest jasne, co ma być
przedmiotem
wzajemnego wybaczania, bo obie strony inaczej liczą swoje rachunki. Po
trzecie,
krakowski hierarcha wkroczył na terytorium zastrzeżone dla oficjalnej
dyplomacji, a jego apel może być kiedyś
użyty przeciwko jej poczynaniom (podobnie jak Niemcy, wprawdzie rzadko,
ale
jednak próbowali równoważyć wzajemne roszczenia tonem przesłania
polskich
biskupów).
Pierwszy dzień po
smoleńskiej tragedii zneutralizował konflikty wewnętrzne, do czego
wzywały
media i o co apelowali politycy, także w przemówieniach w czasie
głównych
uroczystości pogrzebowych w Warszawie i Krakowie. Nie trwało to zbyt
długo, a w
przypadku medialnych tub o. Rydzyka zapewne ani minuty. Tam znalazło się
miejsce dla polityków (i innych osób) otwarcie uprawiających propagandę
polityczną. Wysłuchałem kilku nagrań rozmów przeprowadzonych na antenie
Radia
Maryja. Nawet o ile dana osoba próbowała ograniczyć się do refleksji
czysto
żałobnej, prowadzący rozmowę od razu kierował ją w kierunku podkreślania
sporu
politycznego. Trzeba jednak przyznać, że zdecydowana większość polityków
powstrzymywała się od wypowiedzi agitacyjnych. Jeśli chodzi o media,
można było zaobserwować zdecydowaną różnicę
pomiędzy mediami prawicowymi i innymi. „Rzeczpospolita", zapewne typowy
przykład pierwszych (przynajmniej tych poważnych, a nie groteskowych)
sama
sformułowała wezwanie do pokoju medialnego kilka godzin po katastrofie,
ale
wytrwała w tym zbożnym dziele jakieś 12 godzin. Potem pojawiły się ataki
(w
formie dyskretnych wątpliwości) na Komorowskiego, że mianował X-a a nie
Y-a, na
Tuska, że wręczył komuś wcześniej podpisaną dymisję i innych
polityków, np. za ich wcześniejsze
wypowiedzi. Moderatorzy forum tej gazety
sformułowali wprawdzie apel o umiar w komentarzach (patrz też niżej),
ale byli
nader tolerancyjni wobec wpisów nadsyłanych przez zwolenników IV RP, a
znacznie
mniej wobec ich przeciwników. Red. red. Paweł Lisicki, Piotr Gabryel,
Piotr Gociek,
Igor Janke, Marek Magierowski, Piotr Semka,
Michał Szułdrzyński, Bronisław Wildstein czy Rafał A. Ziemkiewicz, a
więc
pierwszy garnitur publicystów „Rzeczpospolitej", dwoili się i troili,
aby coś
ugrać dla prawicy (nie twierdzę, że wszyscy złamali deklarowany rozejm
wobec
oponentów); w sukurs pospieszył Zdzisław Krasnodębski, socjolog o
filozoficznych ambicjach, a politycznie rutynowany obrońca i promotor IV
RP,
także aktywny u o. Rydzyka. Telewizja publiczna zaangażowała do akcji
Jana
Pospieszalskiego i Joannę Lichocką, doświadczonych bojowców o
współczesną
wersję moralnej jedności społeczeństwa.
Nie szczędzili trudu i prawicowi literaci, jak Jarosław Marek
Rymkiewicz, Marek
Nowakowski czy Marcin Wolski (nie powadziłem monitoringu prasy, radia i
telewizji i stąd podaję tylko kilka przykładów znanych mi z autopsji).
Media o
innej orientacji poświęciły tragedii smoleńskiej wiele miejsca, ale w
zasadzie unikały
komentarzy politycznych z wyjątkiem przytaczania opinii zagranicznych.
Typowy argument prawicowych publicystów polegał
na tym, że dawni krytycy zmarłego prezydenta nie mają prawa do żałoby,
że
protesty przeciwko pochówkowi na Wawelu są przejawem nienawiści,
oczywiście
inspirowanej przez wiadome ośrodki. Dla ilustracji przytoczę fragment
felietonu
Ziemkiewicza z „Rzeczypospolitej" (17 IV 2010) i wiersz Wolskiego
ogłoszony w
„Gazecie Polskiej" (13 IV 2010). Oto, co
pierwszy autor zapamięta (dla porządku, na początek zaznaczam, że
felietonu
traktuje o bohaterach pozytywnych, zwykłych ludziach i harcerzach):
I wykrzywione nienawiścią gęby
pod
papieskim oknem w Krakowie. Gówniarza wyciągającego do kamer paluch w
ordynarnym
geście czarnych raperów „ja cię pier...", transparenty z karykaturami,
skandowane
obelgi pod adresem zmarłego. Nowe pokolenie „elyty" III RP, wychowane
już nie
na Michniku, ale na Wojewódzkim.
Faryzejskie miny redaktora
gazety
[tj. Adama Michnika - J. W.], która cynicznie, dla zburzenia podniosłego
nastroju wykreowała te „protesty", miotającego gromy na nieuszanowanie
żałoby...
przez rozmówców programu Pospieszalskiego. I smucącego się, że kardynał
Dziwisz
tak głęboko podzielił Polaków, nie konsultując decyzji o pochówku
prezydenta z
Andrzejem Wajdą i jego żoną. I małość innego wykreowanego przez media na
Wielki
Autorytet starego nienawistnika [Władysław Bartoszewski? - J. W.], który
w tej
chwili odmawia „ich prezydentowi" nawet tego, że był głową państwa,
tytułując
go szyderczo „prezydentem Warszawy".
I jeszcze ten stary wiersz
Mariana Hemara o pokoju i wojnie. Ten z
pointą: „Pokój - z wami? Nigdy w życiu!"
A zaraz pod tym wezwanie (już wspomniane),
jawnie jednostronne zważywszy powyższy cytat:
Do uczestników dyskusji:
Ze względu na trwającą żałobę narodową
prosimy o większą niż zwykle staranność i delikatność publicystyczną. W
ten
sposób wyrazimy szacunek dla tragicznie zmarłych, ich rodzin oraz
pogrążonych w
bólu i smutku Polaków.
Dziękujemy
za nadesłane komentarze i serdecznie zapraszamy do portalu rp.pl
Tekst Ziemkiewicza przypomina prasowe
enuncjacje z 1968 r., a także te z czasów pierwszej „Solidarności",
opowiadające
o garstce wichrzycieli i zdrowym narodzie.
Podobieństwo polega nie tyle na tym, że Michnik jest jednym z
negatywnych bohaterów
we wszystkich przypadkach, ale przede wszystkim na współmierności stylu i
retoryki.
A Wolski tak poucza i ocenia:
Na śmierć
Prezydenta Kaczyńskiego
Prawdę mając
na ustach, a kłamstwo w kieszeni,
Będąc zgodni ze stadem, z rozumem w konflikcie,
Dzisiaj lekko pobledli i trochę stropieni,
Jeśli chcecie coś zrobić, to przynajmniej milczcie!
Nie potrzeba
łez waszych, komplementów spóźnionych
Waszej czerni, powagi, szkoda słów, nie ma co
Dzisiaj chcemy zapomnieć wszystkie wasze androny
Wasze żarty i kpiny wylewane przez szkło.
Bo pamięta
poeta, zapamięta też naród
Wasze jady sączone bez ustanku, dzień w dzień.
Bez szacunku dla funkcji, dla symbolu, sztandaru...
Karlejecie pętaki, rośnie zaś Jego cień!
Od Okęcia
przez centrum, tętnicami Warszawy,
Alejami, Miodową i Krakowskim Przedmieściem
Jedzie kondukt żałobny, taki skromny, choć krwawy.
A kraj czuje - Prezydent znowu jest w swoim mieście.
Jego wielkość
doceni lud w mądrości zbiorowej.
Nie potrzeba milczenia mącić fałszu mdłą nutą
Na kolana, łajdaki, sypać popiół na głowę
Dziś możecie Go uczcić tylko wstydu minutą!
Utwór
ten przedstawia prosto, niemal w żołnierskich słowach, aczkolwiek jeden
fragment jest a la Miłosz (chociaż chciałoby się powiedzieć, że poeta
pamięta,
ale Wolski nie bardzo), a całość a la Tuwim (chyba tylko na zasadzie
kontrastu)
pogląd na to, kto jest godzien, a kto nie ma tytułu do tego.
O ile proza
Ziemkiewicza po raz kolejny ilustruje jego obsesję na punkcie „Gazety
Wyborczej" i jej redaktora naczelnego (można to zrozumieć w przypadku
osoby
wyrzuconej z radia należącego do Agory), to poezja Wolskiego zawiera
ogólniejsze przesłanie, mianowicie
dotyczące wymiaru L. Kaczyńskiego jako
prezydenta Polski. Jest rzeczą oczywistą, że o zmarłych mówi się dobrze,
pomija się ich słabości, a podkreśla cechy
pozytywne i takież dokonania. Tak też postąpili dziennikarze i politycy z
tym,
że zdecydowana większość odniosła się do osobistych rysów zmarłego i
ogólnego
stosunku do państwa, którego był głową. Z drugiej strony, to jak dany
polityk umarł,
nie przesądza o ocenie jego działalności, w szczególności, nie czyni z
niego
wybitnego męża stanu, o ile nim nie był za życia lub odwrotnie. Należę
do tych,
którzy nie uważali prezydentury Lecha Kaczyńskiego za udaną. Opinia ta
jest
dość szeroko rozpowszechniona i nie widzę
powodu, aby ją zmieniać z powodu katastrofy pod Smoleńskiem. Nie miejsce
tutaj
ani czas do dokonywania bilansów, więc pomijam uzasadnienie oceny wyżej
zaznaczonej. Jako obywatel Polski smucę się z powodu śmierci prezydenta i
innych osób z nim podróżujących, niezależnie od moich sympatii
politycznych. Otrzymałem
szereg kondolencji z USA, Rosji, Niemiec, Izraela, Hiszpanii, Rumunii, a
nawet
Kamerunu. Podziękowałem za nadesłane wyrazy współczucia i nawet przez
myśl mi
nie przeszło dodanie, że wolałbym inną osobę na stanowisku pierwszego
obywatela
kraju, którego jestem obywatelem. Niemniej jednak, głosy odkrywające
nowe i
rzekomo niezwykłe pozytywy jego działań jako głowy państwa, uważam za
element,
a nie tylko zapowiedź gry politycznej z
uwagi na przedterminowe wybory prezydenckie. Niektórzy powiadają, że L.
Kaczyński
zginął jak bohater, ale najwyraźniej nie odróżniają śmierci bohaterskiej
od
tragicznej. Powaga żałoby wcale nie wymaga drugiej kwalifikacji,
podobnie jak i
pierwszej, aczkolwiek tragedia jest zawsze bardziej dojmująca od tego,
co
naturalne. Nie ma wątpliwości, że określanie śmierci prezydenta RP jako
bohaterskiej ma intencję perswazyjną, a nie opisową. Wyraźny cel, daleki
od
żałobnej refleksji, ma także porównywanie tego, co zdarzyło się w
Katyniu w
1940 r. i tego, co stało w pobliżu tego miejsca w dniu 10 kwietnia 2010
r. lub
też śmierci Jana Pawła II i L. Kaczyńskiego, nawet z dodatkiem, że
pierwsza
była spodziewana, a druga nieoczekiwana. Tego rodzaju komparatystyki są
pozbawione sensu i w gruncie rzeczy zamieniają to, co wzniosłe i jedyne w
swoim
rodzaju, czyli ludzką śmierć w swoistą licytację uskutecznianą
znaczonymi
kartami.
Powyższe uwagi nie mają na celu
pomniejszania tragedii i jej rozmiarów. Nie są też przeciwko żałobie czy
jej
rozmiarom (niech każdy odczuwa to po swojemu, czy była adekwatna do jej
przyczyny, aczkolwiek nie musi tego upubliczniać), ponieważ, powtarzam
to raz
jeszcze, przystoi ona państwu jako zbiorowości obywateli po stracie jego
prezydenta, ani też przeciwko szczegółom uroczystości żałobnych w
postaci ich
oprawy, organizacji czy treści wypowiadanych słów. Masowy
udział Polaków w pożegnaniu zmarłych,
tym na Pl. Piłsudskiego w Warszawie i tym na Rynku Głównym w Krakowie
świadczy
przede wszystkim o ich stosunku do tragedii smoleńskiej, a nie o
zbiorowych postawach
politycznych. To drugie ujawni się mniej więcej za dwa miesiące. Nie
sądzę, aby żałoba po śmierci L.
Kaczyńskiego zmieniła rodzimy dyskurs polityczny na lepszy, także w
nadchodzącej kampanii wyborczej. Skoro zmiana nie nastąpiła w tygodniu
od 10 IV
2010 do 18 IV 2010, trudno oczekiwać, że zdarzy się później, gdy rzecz
będzie
dotyczyć fundamentalnych interesów politycznych. Taka opinia staje się
coraz
powszechniejsza. Stawiam hipotezę, że inicjatywa będzie należała do
prawicy,
przynajmniej jej medialnych eksponentów. A potem rzeczy potoczą się
wedle zasady
domina. Dla jasności, zaznaczę, że samą kampanię wyborczą uważam za
niezbędny
element politycznej codzienności i normalności nawet w zaistniałej
sytuacji.
Jan Woleński
Only registered users can write comments. Proszę się zalogować. Powered by AkoComment Tweaked Special Edition v.1.4.6 AkoComment © Copyright 2004 by Arthur Konze - www.mamboportal.com All right reserved |