|
Jan Woleński Lech Kaczyński dopiął swego i znalazł się na szczycie w Brukseli. Po prawdzie, trudno było oczekiwać, że zostanie w kraju, którego jest głową. Wprawdzie był bardzo prosty sposób, by podróż do stolicy Belgii mu znacznie utrudnić, a nawet uniemożliwić. Wystarczyło, co było łatwo wykonalne, udostępnić mu samolot rządowy, który by nie dostał zgodny na start, ale wtedy podniosłoby się okrutne larum, jeszcze większe niż to, że prezydentowi należał się samolot jak psu zupa.
Jak prezydent wprzódy anonsował, udał się do Brukseli jako przewodniczący delegacji polskiej, bo, wedle jego wykładni konstytucji, kieruje przedstawicielami kraju, którego jest głową zawsze i tylko wtedy, gdy tak właśnie raczy postanowić. Nawet wówczas, gdy nie ma go w składzie delegacji. Taka jest generalna presumpcja prezydenckiej precedencji, by użyć jednego z najbardziej popularnych słów w ostatnim tygodniu. Inni uczestnicy szczytu byli nieco skonfundowani i na wszelki wypadek traktowali Lecha Kaczyńskiego właśnie jako prezydenta, ale nie jako przewodniczącego delegacji polskiej. Tym samym dali mu jasno do zrozumienia, że znalazł się tam, gdzie nie został zaproszony. Co nasz prezydent osiągnął w Brukseli i co tam robił? Pan Waszczykowski wyjaśnił, że prezydent pokazał, że umie korzystać ze swych prerogatyw. Niech i tak będzie, aczkolwiek w tym wypadku skorzystał z tego, co sam wykombinował. Sam bohater oświadczył, że pokazał, iż delegacja polska nie była podzielona, chociaż wielu zależało na tym, by wyglądała na poróżnioną. Ten cel też osiągnął, bo skoro nie był członkiem delegacji, nie mogła być ona podzielona z powodu jego uczestnictwa w jej składzie. Gorzej było z osiągnięciami merytorycznymi, które miały być związane z traktatem lizbońskim i sprawą Gruzji. Pierwsza kwestia była zdjęta z porządku, a gdy wspomniano o drugiej, Lech Kaczyński nie był obecny na sali. Nie mógł więc wyjaśnić zebranym subtelności związanych z sytuacją na Kaukazie, mimo że, jak wcześniej głosił, uzyskał bardzo ważne informacje w tej materii. W ogólności, prezydent RP przysiadł się na mniej więcej 10% czasu obrad, skutkiem czego nie mógł wykorzystać swych niewątpliwych kompetencji w kwestiach klimatycznych. Tak naprawdę, Lech Kaczyński pojechał do Brukseli tylko po to, aby dezawuować rząd polski i jego politykę. W tej dziedzinie rzeczywiście szczytował wigorem od protekcjonalnego poklepywania premiera po plecach do wybuchów niekontrolowanej radości. Czasem miało się wrażenie, że zachowywał się tak, jakby został zaktywizowany jakimś dopalaczem. Krótko mówiąc, śmiał się jak prezydent do sera. Rzecz nie w tym, kto wygrał to starcie, co pasjonuje dziennikarzy. Powtarzam, wszystko tylko nie PiS. Pierwszym krokiem ku wykonaniu tego zadania jest pozbycie się Lecha Kaczyńskiego jako prezydenta RP. Najpóźniej w wyborach za dwa lata.
1. Napisał(a) Marek Borsuk, na temat 28-10-2008 23:32 Zgadzam się z stwierdzeniem,że Lech Kaczyński pojechał do Brukseli dezawuować rząd polski. Ale właściwie nikomu nie zaszkodził tylko sobie. Na szczyt EU zapraszani są szefowie rządów jako przewodniczący delegacji krajów. A więc oficjalnie prezydent nie był zaproszony. Wprosił sie na szczyt EU sam. Wynika to z braku wyczucia co, gdzie i komu można. Zachowanie prezydenta świadczy o braku kultury osobistej. Zasadne są pytania pana Palikota o stan zdrowia prezydenta. Szczerze mówiąc bardziej od zdrowia prezydenta martwi mnie brak znajomości savoir-vivre`u. Mniemam, że nie chodzi się na uroczystości, konferencje lub bankiety, na które nie jest się zaproszonym. Prezydent wystawia cenzurkę samemu sobie. Reasumując, prezydent nie jest politykiem -brak podstawowych cech polityka - jest człowiekiem źle wychowanym, roszczącym sobie prawo do reprezentowania państwa polskiego w każdym przypadku. To bardzo źle o nim świadczy i mam nadzieję źle wróży na przyszłość. Mam na myśli przyszłość prezydenta.
|
Only registered users can write comments. Proszę się zalogować. Powered by AkoComment Tweaked Special Edition v.1.4.6 AkoComment © Copyright 2004 by Arthur Konze - www.mamboportal.com All right reserved |